Gadający robot

Wiedziałem, że dwudziesty pierwszy wiek minie w oka mgnieniu. Wiedziałem, że cały świat stanie się jedną prowincją. I to do tego opustoszałą. Większość jego mieszkańców, a dokładniej mówiąc, cała ta banda oszustów, emigrowała w przestrzeń kosmiczną, na inne planety, które zresztą ludzie sami uczynili możliwymi do zamieszkania. Wiedziałem, że ludzie będą mówić jednym językiem, ale nie sądziłem, że ludzka natura pozostanie niezmieniona. Zrozumiałem to dopiero w chwili, gdy otrzymałem odpowiedź od ojca dziewczyny, o której rękę prosiłem.

- Który głupiec oddałby swoją córkę takiemu marzycielowi jak ty?

- Jak to, przecież byliśmy parą przez dwa lata - nie panowałem nad swoim głosem.

- Moja córka była już wtedy zaręczona, tylko udawała miłość...

- ...żeby wycisnąć ze mnie ile się da - dokończyłem za niego zdanie. - I wykorzystać do swoich celów. Z jaką miłością stawiałem dla niej dom! Wyglądem przypominał grzyba. Podstawę wzniosłem z dopiero co wynalezionego cementu izolacyjnego. Umocowałem na fundamentach balon i napompowałem go pompką. Im większy tym lepszy! Powierzchnię balona też oblałem tym samym cementem izolacyjnym, zostały jeszcze tylko okna... Jakiego koloru jest miłość? Czerwonego?

Nie mogłem przysiąść na kamieniu przy ścianie, bo na ziemi nie istniało już coś takiego jak ściany. Chyba, że pomiędzy ludźmi. Za domy służyły ludziom ogromne grzyby z szerokimi oknami, a fontanny przemieszczały się i krążyły po trawnikach. Powietrze było tak przyjemne, że ludzie bezustannie trwali w stanie rozmarzenia. Jak często mieszkańcy tych domów oszukiwali się? Jak często okłamywali i zwodzili się nawzajem? Jak często mówili, że nie oddadzą swoich córek takiemu marzycielowi jak ty, komuś komu ubzdurało się, że jest poetą. Ile razy słyszeli wydukaną niepewnie odpowiedź:

- Ale przecież poświęciłem pana córce mnóstwo wierszy... Ty draniu jeden...

I ile razy w odpowiedzi słyszeli:

- Jesteś wierszokletą, do poety ci daleko. I sam jesteś draniem.

- Proszę mnie nakręcić - usłyszałem nagle głos. Rozejrzałem się dookoła, ale nikogo nie było w pobliżu.

- Gdzie jesteś? - spytałem. - Przyleciałeś z innej planety?

- Jeśli mnie nie nakręcisz, rozsypię się - doszedł mnie znowu głos. - Skończę na cmentarzysku robotów.

Wreszcie go dojrzałem. Sięgał mi do kolan. Zbudowany był z nieznanego mi gatunku metalu. Jego głos miał metaliczne brzmienie. Do szyi był czerwonego koloru, a na głowie miał niebieską czapkę.

- No nakręćże mnie w końcu! - upomniał się i zanucił. - Urocze z nas brzdące, figle, psoty kochające...

- Jak mam cię nakręcić?

- Musisz kręcić od lewej do prawej.

Znalazłem pokrętło na jego brzuchu i przekręciłem, tak jak kazał.

- Och! Och! - zawołał.

Słyszałem jego śmiech, a może tylko mi się wydawało, że się śmieje.

- Chodź, usiądź koło mnie. Smutno mi - powiedziałem do niego.

- Mogę tylko stać, moje papiery znajdziesz w czapce.

Zacząłem czytać:

Kirobo, pierwszy na świecie mówiący robot, i Koichi Wakata - jeden z jego konstruktorów- To jest gadający robot, unikatowy egzemplarz. Co dwanaście godzin sam się nakręca. Ma niezwykle pojemną pamięć. Nie należy otępiać go bzdurnymi zadaniami. Sam potrafi do pewnego stopnia planować. Ma zdolność rozumienia. Jego konstrukcja jest jeszcze niekompletna.

- Czemu sam się nie nakręciłeś? - spytałem.

- Brakło mi siły w rękach. Tamta kobieta chciała mnie pozbawić pamięci. Obróciła mnie do góry nogami i kręciła pokrętłem. Zacząłem cofać się do okresu dzieciństwa. Zabiłem ją.

- Ściga cię policja? Prawo...? - dopytywałem.

- Policja? - zdziwił się. - Prawo? Można mieć podejrzenia wobec robota?

- Czemu ją zabiłeś?

- Była niewierną oszustką. Jej mąż mnie nasmarował. Był dobrym człowiekiem. Sam mnie stworzył. Kiedy szedł do warsztatu, żonę zostawiał z przyjacielem. I z nim właśnie...

- Ale skąd ta pewność, że go zdradziła?

- Z ich słów, jej i przyjaciela. Z odgłosów tarcia i szelestów.

- Jakieś pocałunki? Trzeszczenie łóżka?

Zamiast odpowiedzi, kontynuował:

- Ostrzegłem ją, że powiem jej mężowi. To taki dobry człowiek, naukowiec, który bez jedzenia i picia, dzień i noc pracował, żeby ukończyć konstruowanie mnie.

- Miał dokończyć ciebie i skonstruować twoje kopie...

- Taki dobry człowiek, zakochany w swojej żonie... - znowu zaczął inny wątek.

- Ja też zostałem oszukany. Jestem poetą. Chcesz przyjść do mnie w odwiedziny? Niech to zostanie między nami, ale nie napisałem nawet jednego dwuwiersza dla mojej niewiernej ukochanej. Jakbym się nie starał, nie dałem rady.

Robot jakby czytał w moich myślach:

- Napiszę za ciebie ten wiersz. Zaprogramuj mnie.

Robot wysprzątał mój dom, tak że aż lśnił od czystości. Jedzenie gotowe było na czas. Moje zadania ograniczały się do nasmarowania i zaprogramowania go. Nadal jednak nie miałem natchnienia, aby tworzyć. Nie byłem też w stanie wziąć odwetu na niewiernej przyjaciółce za moje cierpiące serce.

- Ehh... ty gadający robocie...

- Słucham mój drogi...

- Ty jesteś moim powiernikiem.

- Co to znaczy?

- Nieważne. Opowiem ci o moich smutkach, a ty napisz wiersz. Kobieta bawiła się moim kosztem, a ja się nie zorientowałem. Robiłem dla niej i jej rodziny wszystko to, co ty dla mnie robisz. Całowała mnie i mówiła:

"Kocham cię jak stąd do nieba". A potem narzucała mi co mam robić. Nie dostrzegałem w jej oczach szatańskiego błysku i kpiny. Nie mogłem ich dojrzeć, bo z zamkniętymi oczami i ustami przytkniętymi do jej warg, delektowałem się jej bliskością. Byłem w raju. Ty pewnie nie wiesz, co to znaczy raj?

- Wiem.

- Czułem się jak w raju. Gdyby kazała mi umrzeć, zrobiłbym to tego samego dnia. Poruszałem niebo i ziemię, żeby znaleźć dla niej futro z karakułów, którego ode mnie zażądała. Pytałem jej: "Do czego ci futro przy tej ciepłej pogodzie?". Składała usta w dzióbek i pochylała się do pocałunku. Potem ze śmiechem pytała: "To co, kupisz mi to futro?". Pływaliśmy razem. Nurkowałem pod nią i brałem w dłonie jej piersi. Miała delikatne i miękkie ciało. W każdym tego słowa znaczeniu. Podchodziła na bosaka do fontanny i stawała obok, czekając aż całe stopy obleje jej woda. Zdejmowałem koszulę i wycierałem jej drobne białe stópki, całując je, a ona śmiała się. Śmiała mi się w twarz. Ręką gładziłem jej lejące się, gładkie włosy, które skrzyły się, zapalając w moim sercu tysiące płomieni.

Zorientowałem się, że robot płacze.

- Daj mi jej adres. Zabiję ją - powiedział przez łzy.

- Emigrowała z mężem na Marsa - odpowiedziałem i po tych słowach zrozumiałem, po co jej było futro. W końcu na Marsie panuje przejmujące zimno. Uśmiechnąłem się na myśl, że chociaż tej jednej jej zachcianki nie spełniłem.

tłum. Joanna Hrehoruk

źródło: Entechab (Wybór), Naszr-e Ghatre, wydanie trzecie, Teheran 1386 (2008).