Zabawa skończona

To był pomysł Hasaniego. Zaprosił mnie na wieczór do swojego domu, mimo, że ze strachu przed naszymi ojcami, nigdy się nie odwiedzaliśmy. Hasani bał się swojego ojca dużo bardziej niż ja mojego. Mimo obaw nie mogłem mu odmówić, bo tym razem sytuacja była wyjątkowa. Nie miałem wyjścia. Gdybym się nie zgodził, sprawiłbym Hasaniemu przykrość. Pewnie pogniewałby się też na mnie i uznał, że nie jestem jego prawdziwym przyjacielem. Poszedłem więc do jego domu po raz pierwszy w życiu.

Waiting without Hope, Morteza Katouzian, 2000 rokSpotykaliśmy się zawsze gdzieś na dworze. Chodziłem też po niego co rano przed pracą. Wołałem go wygwizdując melodię, której sam mnie nauczył. Na jej dźwięk brał swoją puszkę i wychodził z domu. Zgodnie z naszym zwyczajem witaliśmy się ze sobą, siłując się chwilę, ale zdarzało się, że nasze powitanie przeradzało się w bolesne zapasy. Musieliśmy być na siebie bardzo obrażeni, żeby odstąpić od tego zwyczaju. Razem chodziliśmy do miejsca położonego za slumsami, które miejscowi nazywali Zapadliskiem umarłych. Tam samochody urzędu miasta wywoziły odpady. Zabieraliśmy się za przeszukiwanie wysypiska. Jednego dnia ja zbierałem stare puszki, a Hasani potłuczone szkło, a innego dnia on potłuczone szkło, a ja puszki. Czasem wpadały nam w ręce lepsze znaleziska, takie jak pusty pojemnik po oleju roślinnym, smoczek, zniszczona lalka, ciągle przydatny but bez pary, plastikowy dzbanek czy całkiem porządna cukiernica, której jedyną wadą było obtłuczone uszko. Któregoś razu znalazłem nawet medalik z wersetem z Koranu, a Hasani nietkniętą paczkę zagranicznych papierosów. Zmęczeni przeszukiwaniem śmieci, chodziliśmy w głąb niecki do dużego wyrobiska usianego otworami szybów. Było ich mnóstwo, jeden tuż przy drugim. Któregoś dnia próbowaliśmy je wszystkie policzyć, ale gdy doszliśmy do pięćdziesięciu, odechciało nam się i daliśmy sobie spokój. W wyrobisku znajdował się też niedziałający piec Hadż Timura. Od dawna nikt z niego nie korzystał i stał tam pozostawiony na pastwę losu.

Wyrobisko było świetnym miejscem do zabawy. Jedna z naszych ulubionych zabaw polegała na tym, że leżąc na ziemi, wychylaliśmy się w dół szybów i wydawaliśmy z siebie najdziwniejsze odgłosy. Dźwięki odbijały się w szybach echem i wracały do góry. Każdy szyb był inny i każdy inaczej nam odpowiadał. Najczęściej, wisząc głowami w dół śmialiśmy się, ale zamiast śmiechu z głębi wydobywał się odgłos płaczu. Napełniało nas to strachem i śmialiśmy się specjalnie coraz głośniej i głośniej, ale szyb odpowiadał nam uparcie coraz donośniejszym płaczem. Najczęściej bawiliśmy się z Hasanim sami, bo inne dzieci bardzo rzadko przychodziły do zapadliska. Ich mamy zabraniały im tam chodzić z obawy, że coś im się stanie. Nie myślcie wcale, że ja i Hasani byliśmy od nich starsi lub, że nasze wyprawy na wysypisko zawsze były udane. Mogliśmy się tam bawić tylko dlatego, że nasze mamy nie interesowały się tym, co robimy i nigdy niczego nam nie zakazywały.

Następnego dnia po moich odwiedzinach Hasani był w bardzo złym humorze. Widać po nim było, że płakał. Nic mu nie wychodziło. Kiedy poszliśmy do Zapadliska umarłych, kręcił się bez celu, wbijał kijek między śmieci i ciągle przeklinał swojego ojca. Dobrze wiedziałem dlaczego. Tamtego popołudnia jego ojciec wrócił do domu wściekły, po tym jak pokłócił się z szefem i wyrzucili go z pracy. Po powrocie od razu rzucił się na syna, a jego gniewne okrzyki niosły się po całej okolicy. Moja mama na przemian lamentowała nad losem Hasaniego i złorzeczyła jego ojcu.

Widziałem potem ślady uderzeń pasem na ramionach kolegi. Jedno oko miał spuchnięte, a skóra wokół była całkiem sina. Lanie było nieodłączną częścią każdego wieczoru w domu Hasaniego. Pierwszą rzeczą, jaką robił jego ojciec po powrocie z pracy było dobranie się do skóry synowi. Nie przebierał się, nie mył rąk ani twarzy, tylko od razu po wejściu rzucał się na niego i tłukł bezlitośnie. Zawsze stawał w drzwiach, żeby Hasani nie miał drogi ucieczki i okładał go pięściami, kopał, tłukł jego głową w mur i bił czym popadnie: kijem, sznurem czy pasem, nie przestając mu przy tym wymyślać. Sąsiedzi przejęci rozpaczliwymi wrzaskami Hasaniego, wstawiali się za nim u ojca. Historia powtarzała się co wieczór. Byłem w lepszej sytuacji, bo dostawałem lanie tylko raz, dwa razy w tygodniu. Działo się to zazwyczaj, gdy mój tata miał zły dzień albo kłopoty w pracy i chciał się wyżyć. Bił wtedy mnie i moich braci: Ahmada i Rezę bez opamiętania. Mama stawała w naszej obronie i krzyczała na niego:

- Ty głupcze, wykończysz moje dzieci! Czemu robisz im krzywdę?

Na te słowa ojciec odwracał się od nas i rzucał na mamę, a ona krzyczała wtedy:

- Uciekajcie dzieci! Szybko, uciekajcie!

Kiedy my chowaliśmy się na dworze, ojciec uspokajał się, siadał cicho gdzieś w kącie i przygryzał wąsy, a potem mówił do mamy:

- Zawołaj je, niech przyjdą i coś zjedzą.

Ojciec Hasaniego był inny. Nigdy nie znęcał się nad rodzeństwem Hasaniego i do bicia wybierał tylko jego, a mama nigdy go nie broniła.

Tamtego dnia po raz pierwszy sprawił synowi lanie już w środku dnia i dlatego Hasani był taki zdenerwowany. Chciałem poprawić mu humor, zaproponowałem więc, że gdzieś go zabiorę. Poszyliśmy do wyrobiska z szybami i usiedliśmy koło jednego z otworów. Starałem się zająć go rozmową i rozweselić, ale Hasani milczał uparcie. Próbowałem też różnych sztuczek i wygłupów. W końcu położyłem się przy krawędzi szybu, wsadziłem głowę do środka i zacząłem naśladować muczenie krowy i piski szczeniaka. Potem śmiałem się, udawałem, że płaczę i błaznowałem, ale Hasani jakby nigdy nic siedział dalej nachmurzony i uderzał tylko raz po raz kijkiem w duży palec u nogi. Wygwizdałem naszą melodyjkę i spytałem go:

- Co ci jest?

Nic nie odpowiedział.

- Hasani, hej Hasani! - wrzasnąłem w końcu.

- Co jest? - spytał obojętnie.

- Dlaczego się tak złościsz?

- Dlatego - odpowiedział.

- No, daj spokój.

- To nie ode mnie zależy - odpowiedział. - Co mam zrobić?

Podniosłem się i powiedziałem:

- Wstawaj! Chodź, zrobimy coś, żeby ci się poprawił humor.

Hasani, uderzając bez przerwy patykiem w duży palec u nogi, spytał:

- Co na przykład chcesz robić?

Zacząłem główkować, ale zupełnie nie miałem pomysłu jak go rozweselić.

- Chodźmy na szosę, popatrzymy na samochody - powiedziałem w końcu.

- Po co?

- Możemy policzyć karawany pogrzebowe, tak jak kiedyś. Zobaczymy, ile ich minie nas w ciągu godziny - zaproponowałem.

- Niech sobie ich jedzie, ile tylko chce. Co to da?

- To może chcesz, żebyśmy porzucali kamieniami z dachu pieca Hadż Timura? - nie dawałem za wygraną.

- Nie mam na to ochoty, jak chcesz, to sam idź i porzucaj - odpowiedział zniecierpliwiony.

Usiadłem zrezygnowany na stercie śmieci. Hasani w ogóle nie chciał mnie słuchać.

- Mam coś lepszego! Wstawaj, pójdziemy na plac, tam dopiero jest co oglądać! - wymyśliłem.

- Niby co takiego jest tam do oglądania? - zapytał.

- Pooglądamy afisze kinowe, potem pójdziemy za plac szlifierzy kamieni, popatrzymy na sztuczki koślawego derwisza.

- Zanim dojdziemy na plac będzie już ciemno - stwierdził.

- Podjedziemy - powiedziałem.

- A skąd będziemy mieć na to pieniądze?

- Mam dwanaście tysięcy zarów* - wyjaśniłem.

- Zatrzymaj je dla siebie.

- Chodźmy coś zjeść. Co ty na to? - kontynuowałem.

- Nie chce mi się jeść! - odpowiedział zdenerwowany.

Nie miałem już więcej pomysłów. Rozglądałem się bezradnie wokół, kiedy nagle mój wzrok padł na sad Szokraji.

- Ej, Hasani, a na orzechy idziesz? - spróbowałem raz jeszcze.

- Jasne, dzisiaj za mało oberwałem, jeszcze tego by brakowało, żebym wpadł w ręce ogrodnikowi - brzmiała odpowiedź.

Minęła chwila, żaden z nas nic nie mówił. Zza pieca wyszło dwóch mężczyzn, zatrzymali się, żeby się nam przyjrzeć, a potem poszli w stronę sadu i przeskoczyli przez mur do środka. Po chwili usłyszeliśmy dochodzące stamtąd nawoływanie i śmiech kilku osób.

- No dobra, czemu się na mnie obraziłeś? - zagadnąłem go znowu.

- Nie jestem na ciebie obrażony - uciął.

Znowu zamilkliśmy. Hasani uderzał cały czas kijkiem w duży palec u nogi.

- Przestań tak okładać ten palec, zgłupiałeś? - odezwałem się.

- Spokojnie, wcale mnie to nie boli.

- No powiedz coś wreszcie - próbowałem dalej.

- Nie mam nic do powiedzenia.

Wściekły zacząłem krzyczeć:

- Dość tego! Podnoś się w końcu, wstawaj!

Wstaliśmy obaj i zaczęliśmy iść przed siebie. Kiedy przechodziliśmy między szybami, niby od niechcenia zaczepiłem go:

- Hasani...

- O co chodzi?

- Powiedz, czego ty chcesz. Zrobię dla ciebie wszystko.

- Chciałbym dołożyć temu przeklętemu psu, mojemu ojcu - powiedział.

- Świetnie, to zrób to.

- Sam nie dam rady.

- Jasne, że sam nie dasz rady - zgodziłem się.

Nagle zatrzymał się i zapytał mnie:

- Pójdziesz ze mną do niego wyrównać porachunki?

Zawahałem się. Bałem się jego ojca. Bardzo się bałem. Ojciec Hasaniego był wrogiem dzieci. Ze strachu trzymaliśmy się z dala od niego, unikając nawet patrzenia w jego stronę. Na powitania odpowiadał tylko groźnym spojrzeniem. Mój tata nazywał go draniem i mówił, że brak mu piątej klepki.

- Jak ja niby miałbym się z nim bić? - zadawałem sobie w myślach pytanie. Wiedziałem jednak, że jak się nie zgodzę, Hasaniemu będzie przykro i obrazi się na mnie. Nie chciałem, żeby był na mnie zły. Hasani przerwał moje rozmyślania, pytając:

- To jak, nie pomożesz mi?

- No co ty! Pewnie, że pomogę - zapewniłem go.

- Więc czemu nic nie mówisz?

- Hmm... Jak chcesz się zemścić? - spytałem.

Hasani odrzekł:

- Wieczorem przyjdziesz do nas. Zaczaimy się, każdy w innym kącie pokoju, aż przyjdzie żeby mnie zlać. Rzucimy się wtedy na niego znienacka, pociągniemy za nogi, żeby się przewrócił i damy mu popalić.

- A co będzie potem? - spytałem.

- Potem nic nie będzie - odpowiedział. - Chcę żeby zobaczył, jak to boli. Dopiero wtedy przejdzie mi złość.

- Dobrze - zgodziłem się.

Zrobiliśmy tak jak chciał Hasani. Wieczorem poszliśmy do jego domu. Właściwie to nie był jeszcze wieczór, słońce dopiero zaczynało zachodzić, padał deszcz. Ojca Hasaniego jeszcze nie było. Na prośbę jego mamy poszliśmy po wodę. Napełniwszy dzbanek, czekaliśmy niecierpliwie przy ujęciu, aż w oddali zamajaczyła przygarbiona postać. Ojciec Hasaniego szedł, dźwigając na ramionach worek z paszą dla zwierząt.

- Idzie, drań jeden - odezwał się Hasani.

On the Boundary of our City, Morteza Katouzian, 2003 rokRuszyliśmy pośpiesznie z powrotem krótszą drogą. Mama Hasaniego gotowała przed domem posiłek na butli gazowej, a jego młodszy brat kręcił się koło niej i marudził. Minęliśmy ich, postawiliśmy dzban z wodą na podwórku pod oknem i weszliśmy do domu. W pokoju było ciemno. Mama Hasaniego zawołała z dworu:

- Włączcie światło!

Hasani wykonał polecenie. W rogu pokoju spała jego młodsza siostra.

- I co teraz zrobimy? - spytałem.

- Nic, siadaj koło drzwi - brzmiała odpowiedź.

Usiadłem posłusznie i czekałem. Hasani zajął miejsce po drugiej stronie pokoju. Wokół panowała cisza i spokój.

- Pamiętaj tylko, żebyś złapał go za nogę i trzymał - przypomniał mi Hasani.

- A ty co będziesz robił? - spytałem.

- Najpierw przyłożę mu pięścią w szczękę, a potem skoczę na niego i przewrócę na ziemię - odpowiedział.

Powoli zaczął mnie ogarniać strach. Nie wiedziałem, jak to się wszystko skończy. Ciszę oczekiwania przerwały krzyki ojca Hasaniego, dochodzące sprzed domu:

- Podła babo, jeszcze dobrze mnie nie ma, a ty już żarcie szykujesz?

- A co mam robić? - odpowiedziała mama Hasaniego. - Co wieczór jeszcze dobrze nie wejdziesz, a już chcesz żreć.

- A ty i te twoje szczeniaki to nie żrą, ty flejo?

Kobieta zaczęła zawodzić:

- Oj ludzie! Niech cię szlag trafi! Żeby cię tak piekło pochłonęło!

- Słyszałeś? - spytał Hasani.

- Co?

- Kopnął moją mamę. Drań jeden!

Ojciec Hasaniego krzyczał dalej:

- A to psie nasienie, czemu tu siedzi na tyłku?

- A gdzie ma siedzieć? - spytała płaczliwie mama Hasaniego.

- Skąd ja mam wiedzieć?! Gdzieś indziej, w jakimś kącie!

Ojciec Hasaniego wszedł na podwórko, rzucił swoje rzeczy koło drzwi i zaczął kasłać, raz po raz spluwając na ziemię. Przeklął kilka razy pod nosem, wziął dzbanek z wodą, przepłukał usta, wypił kilka łyków i ruszył w stronę pokoju. Patrząc jak zdejmuje przed wejściem buty, trząsłem się cały ze strachu. Hasani skulony, niczym przestraszony kot, zaczął cofać się w głąb pokoju. Mężczyzna wszedł do środka, zazgrzytał zębami i zamruczał coś pod nosem. Hasani przywarł do ściany i spytał:

- Co chcesz zrobić?

Jego ojciec uśmiechnął się kwaśno i powiedział:

- Nic, co można zrobić z tobą, ty kanalio?

Nagle zorientował się, że też tam jestem. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i przygładził wąsy. Byłem tak przerażony, że na siedząco zacząłem przesuwać się do tyłu.

- Co ja widzę! A ten łajdak co tu robi? - powitał mnie ojciec Hasaniego.

- To mój kolega, syn pana Abdula - powiedział Hasani.

- Niech sobie będzie synem jakiego tylko ścierwa chce, ale co robi w moim domu?

- Ja go zaprosiłem.

- A on do diabła nie ma swojego przeklętego domu?

- Ma i to jeszcze lepszy.

- To czego tutaj szuka? Wstawaj i wynoś się do swojego przeklętego domu! - wrzasnął, odwróciwszy się w moją stronę.

Wstałem przestraszony, a ojciec Hasaniego kontynuował rozjuszony:

- No już, dalej, jalla*, pospiesz się!

- On nigdzie nie pójdzie, zostanie tutaj - odezwał się Hasani z głębi pokoju.

Na te słowa mężczyzna odwrócił się ku niemu z zaciśniętymi pięściami, wrzeszcząc:

- Ty łajdaku, zrobiłeś się tak bezczelny, że ośmielasz się sprzeciwiać ojcu?!

Młodsza siostra Hasaniego, obudzona ze snu, zlękniona, z płaczem uciekła z pokoju. Ojciec Hasaniego rzucił się na niego z pięściami. Wtedy Hasani krzyknął:

- Teraz!

Ruszyłem do ataku. Mężczyzna zamachnął się na syna, ale ten zdążył odskoczyć. Pięść trafiła w ścianę, a wtedy dałem susa do przodu i złapałem go za nogę. Hasani rzucił się ku niemu z przeciwnej strony i chwycił za drugą nogę. Pociągnęliśmy go obaj jednocześnie i mężczyzna dysząc, runął jak długi, przygniatając nas obu. Przez cały ten czas nie przestawał okładać nas po głowach pięściami. Z trudem wyrwaliśmy się z jego rąk. Hasani przeklinając pod nosem, wymierzył mocnego kopniaka w tyłek ojca i uciekliśmy na dwór. Mężczyzna rzucił się w pogoń, wygrażając nam:

- Nie odpuszczę wam łobuzy! Sam nie dałbyś rady, łachudro, to przyprowadziłeś na mnie tego łajdaka?!

Mama Hasaniego stała koło butli gazowej, przestraszona i bezradna. Minęliśmy ją i pognaliśmy przez bezdroże w kierunku Zapadliska umarłych.

- Łapać ich! Łapać ich! - słyszeliśmy za sobą głos ojca Hasaniego.

Pobiegł za nami kilka kroków, ale nie dogoniwszy nas, odpuścił. Słyszeliśmy tylko za plecami jego wściekłe krzyki i przekleństwa. Kiedy dobiegliśmy do zapadliska zrobiło się już ciemno. Ze zmęczenia nie mogliśmy złapać tchu. Rozglądaliśmy się czujnie po okolicy, w obawie, że ojciec Hasaniego wznowił pogoń, ale nikt się nie zbliżał.

- Lepiej żebyśmy wyszli z zapadliska na górę - powiedziałem.

- Racja, ten drań może w każdej chwili przybiec z kijem w ręku. A wtedy będzie po nas. Wdrapaliśmy się z powrotem na górę i usiedliśmy na wzniesieniu.

- Ale mu zwialiśmy - odezwałem się po chwili odpoczynku.

- Szkoda, że nie mogliśmy bardziej mu dołożyć - żałował Hasani.

- Kiedy chcesz wrócić do domu? - spytałem.

- Wrócić do domu?! Jeszcze czego! Przecież on na to właśnie czeka, żebym wrócił i żeby mógł mnie dopaść i zemścić się - zdenerwował się Hasani.

- To co chcesz zrobić?

- Nic.

- Gdzie spędzisz noc? - pytałem dalej.

- Nigdzie, nie mam dokąd pójść - odpowiedział.

- Chodź do nas - zaproponowałem.

- Jasne, żeby wpaść w ręce twojemu ojcu. Oni wszyscy są takimi samymi draniami, nie mają ani odrobiny litości.

- Dobra, nawet jak dziś nie wrócisz, to co zrobisz jutro? Co zrobisz pojutrze? W końcu będziesz musiał iść do domu.

- Nie wiem, a może ucieknę i pójdę gdzieś indziej.

- Gdzie na przykład?

- Gdziekolwiek.

- I co tam będziesz robił? - dociekałem.

- Nie wiem, w końcu coś sobie znajdę - odparł. - Będę się uczył, zostanę chłopcem na posyłki albo tragarzem.

- Jesteś za mały, nikt cię nie przyjmie.

- Niby czemu?

- Bo nie znasz się na żadnej pracy.

- Nawet nic nie umiejąc, mogę zamiatać i sprzątać przed sklepami.

- Musiałbyś być starszy, żeby cię przyjęli - kontynuowałem.

- Jak się nie uda, będę zbierał śmieci i sprzedawał.

- Gdzie będziesz sypiał w nocy? - spytałem.

- W opuszczonych budynkach - brzmiała odpowiedź.

- Bez sensu. Dzień, dwa może dasz tak radę, ale w końcu albo umrzesz z głodu albo coś ci się stanie.

- E tam, gadanie, nie umrę. Pójdę żebrać i przeżyję - odparł.

- Dobra, myśl sobie co chcesz. Złapią cię i zabiorą do jakiegoś ośrodka dla żebraków. Nie pamiętasz, co się stało z dziećmi Asadula albo siostrą Rezy Turka? - spytałem.

- No to co mam robić?

- Nie wiem. Chyba lepiej, żebyś wrócił do domu.

Zamilkliśmy obaj. Księżyc oświetlał okolicę i tylko w zagłębieniach szybów było jak zawsze czarno. Z naszego miejsca widzieliśmy migoczące światła slumsów. Hasani rozejrzał się dookoła i powiedział:

- Nie mogę wrócić do domu, tym razem obedrze mnie ze skóry.

Znowu zamilkliśmy, wsłuchani w głosy świerszczy. Nagle Hasani poderwał się z miejsca i oznajmił:

- Słuchaj, mam pomysł! Pobiegniesz teraz do baraków z płaczem i powiesz im, że wpadłem do szybu!

Zerwałem się z miejsca przerażony:

- Chcesz wskoczyć do szybu?!

- Jeszcze nie zgłupiałem, żeby to robić. Masz tylko tak powiedzieć. Zobaczysz w jaką rozpacz wpadnie mój tata, jak to usłyszy.

- A potem? - spytałem.

- Potem pójdę się gdzieś schować - odparł.

- Ale przecież będą cię szukać - zaniepokoiłem się.

- Wszystkich szybów nie przeszukają, jest ich za dużo. W końcu zmęczą się i uznają, że umarłem. Na koniec wszyscy się zejdą, żeby mnie opłakiwać. Tata i mama będą bardzo nieszczęśliwi, ale przynajmniej będą dobrze o mnie mówić

- To nie jest dobry pomysł, Hasani.

- A to niby czemu nie?

- A jak twój tata załamie się albo twoja mama umrze z rozpaczy, co wtedy zrobisz?

- Nie martw się, nic takiego się nie stanie. Dobrze ich znam. Wcale się nie załamią. A jak zobaczysz, że już drą swoje ubrania z rozpaczy, przyjdziesz potajemnie, żeby mnie zawiadomić, a ja wtedy szybko pobiegnę do domu. Pomyśl, jak bardzo się ucieszą, jak zobaczą, że żyję i nic mi się nie stało. Tata wtedy pogodzi się ze mną i już więcej nie będzie mnie bił.

- Ale... - zacząłem.

- Ale co...? - spytał.

- No... ja się boję twojego taty. Boję się, że jak to usłyszy, złapie mnie i zabije.

- Co cię obchodzi mój ojciec? Jak tylko dobiegniesz do baraków, zacznij krzyczeć, bij się po twarzy i po głowie, i mów, że wpadłem do szybu!

- Ale wtedy będę musiał płakać. A co jak nie będę mógł? - spytałem.

Hasani zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i powiedział:

- Głupi jesteś! W ciemnościach nikt nie zobaczy, czy naprawdę płaczesz.

- No dobra, a co ty będziesz robił w tym czasie? - spytałem.

- Schowam się w jednym z korytarzy pieca - powiedział.

- Nie umrzesz tam z głodu?

- To nie przyniesiesz mi wody i chleba? Nie? Naprawdę nie przyniesiesz? - zdziwił się.

- Oczywiście, że przyniosę - odpowiedziałem.

- No to dobrze, idź już!

Wahałem się czy iść czy nie, przestępowałem z nogi na nogę, nieprzekonany do tego pomysłu. Hasani wziął mnie za rękę i powiedział:

- Chodź, pokażę ci jeszcze, gdzie się schowam, żebyś później wiedział.

Omijając szyby, doszliśmy do pieca Hadż Timura. Po drodze rzuciło się na nas kilka psów, ale odgoniliśmy je kamieniami. Obeszliśmy piec dookoła i weszliśmy do środka ostatnim tunelem, który miał zarwany sufit i nikomu by do głowy nie przyszło, że ktoś mógłby się w nim schować. Wtedy Hasani powiedział do mnie:

- Tutaj się schowam. Dobra?

- Dobra - zgodziłem się.

- Nie trać czasu, idź już i pamiętaj, żebyś krzyczał jak należy - rozkazał.

- Dobrze, w porządku - obiecałem.

Ruszyłem już w drogę, kiedy Hasani znowu mnie zawołał.

- Co?

- Pamiętaj, że jestem głodny! Przynieś mi rano wodę i chleb.

- Dobrze, na pewno przyniosę.

Okrążyłem piec i pomiędzy szybami wróciłem do Zapadliska umarłych. Psy tym razem uciekły na mój widok. W drodze powrotnej zatrzymałem się przy ujęciu wody. Paliło mnie w gardle. Sporo pyłu się nałykałem, wypiłem więc kilka łyków, żeby sobie ulżyć. W pobliżu slumsów przypomniałem sobie, że powinienem biec szybciej i płakać. Rzuciłem się w te pędy w stronę baraków i zacząłem krzyczeć. Zobaczyłem, że przed naszym domem stoi grupka ludzi, ale nie wiedziałem, co mogło się stać. Mój tata i tata Hasaniego też tam byli i wyglądali, jakby się o coś kłócili. Zacząłem bić się po twarzy i głowie i wrzeszczeć, tak jakby Hasaniemu naprawdę coś się stało. Zbici w grupkę ludzie ruszyli w moją stronę. Szlochając, powtarzałem:

- Hasani! Hasani!

Ojciec Hasaniego podbiegł do mnie z kijem w ręku i spytał:

- Co się stało Hasaniemu? No? Co się stało?

- Wpadł! - odpowiedziałem, a łzy same zaczęły płynąć mi po policzkach.

- Gdzie wpadł? Mów, gdzie wpadł mój syn? - wrzasnął mężczyzna.

- Do szybu! Wpadł do szybu! - krzyczałem.

Najpierw zapadła śmiertelna cisza, a chwilę potem podniosła się wrzawa. Wszędzie słychać było niosącą się z ust do ust wiadomość:

- Hasani wpadł do szybu! Hasani wpadł do szybu!

Mężczyźni zastanawiali się, co robić. Grupa powiększała się w miarę jak na wieść o wypadku kolejni mieszkańcy slumsów wybiegali ze swoich prowizorycznych domów i dołączali do wzburzonego tłumu. Kilka osób przyniosło latarnie i wszyscy rzucili się pędem w stronę Zapadliska umarłych. Leżałem na ziemi, rozpaczając, aż ojciec pochylił się nade mną, wziął mnie za rękę i podnosząc, powiedział:

- Wstań, chodź, no już. Do którego szybu wpadł?

Pośpiesznie ruszyliśmy za wszystkimi. Po drodze kilka osób dołączyło do nas i, biegnąc równo z nami, raz po raz pytało:

- Który to szyb? Do którego wpadł?

Minęliśmy Zapadlisko umarłych i dotarliśmy do wyrobiska z szybami. Księżyc był wysoko i zagłębienia szybów wydawały się jeszcze czarniejsze i głębsze. Większość mieszkańców była już na miejscu. Ojciec Hasaniego, trzęsąc się jak osika, chwycił mnie za ramiona, potrząsnął i spytał:

- Gdzie on jest? No gdzie?

Nim zdążyłem odpowiedzieć, padł na stertę śmieci i zaczął głośno szlochać. Kilka osób podeszło do niego, a pan Abbas Czarchi próbował go pocieszyć:

- Nie bój się maszti*, zaraz go wyciągniemy. Nic się nie stało, nie płacz! Nie traćmy zimnej krwi, chłopak zaraz się znajdzie!

Kiedy ucichł szloch ojca Hasaniego, podniósł się inny gwar i jazgot. To rozpaczające kobiety z mamą Hasaniego na czele dotarły na miejsce. Widziałem jak jego mama bije się po głowie, drapie po twarzy, a z jej piersi co chwila wydobywał się jęk:

- Mój Hasani, mój Hasani!

Mówiła jeszcze dużo innych rzeczy, ale nie można jej było zrozumieć.

Pan Abbas Czarchi podszedł do mnie, mówiąc:

- Chłopcze, spróbuj nam pokazać, który to szyb.

- Nie wiem - odpowiedziałem.

Ojciec Hasaniego, słysząc to rzucił się na mnie:

- Ty łachudro, mów prawdę, gdzie jest mój syn?

- Uspokój się na chwilę, pozwól mu powiedzieć, co się stało - powstrzymał go pan Ghader.

- Tata Hasaniego, złapał nas i bił... - zacząłem opowiadać, połykając łzy.

- Mów natychmiast, gdzie wpadł? - przerwał mi ojciec przyjaciela.

- Mów szybko! - ponaglał mnie też mój tata.

- Ludzie, pozwólcie mu dokończyć. Co wy wyprawiacie? - zdenerwował się pan Abbas Czarchi.

- Uciekaliśmy przed nim i przybiegliśmy aż tutaj - kontynuowałem. - Biegliśmy obaj, ale Hasani był dużo szybszy i wyprzedził mnie. Bał się, że jego tata nas dogoni i złapie. Kiedy zobaczyłem, że za nami nikogo już nie ma, wołałem go, żeby się zatrzymał, ale nie słuchał. Był daleko przede mną, tam na środku. Nagle usłyszałem jego krzyk i Hasani zniknął w szybie.

- Gdzie wpadł?! - krzyczał jego ojciec.

- Wydawało mi się, że upadł, wołałem go, ale nie odpowiadał - mówiłem dalej. - Szukałem długo, ale nie udało mi się go znaleźć.

- Do którego szybu wpadł? - wrzasnął znowu ojciec Hasaniego.

- Skąd on ma to wiedzieć? Sami zaraz się zorientujemy - odpowiedział ostro pan Abbas Czarchi i zwrócił się do mężczyzn:

- Ruszcie się! Podejdźcie bliżej, tylko ostrożnie!

Kiedy mężczyźni zgromadzili się wokół niego, wszystkie głosy ucichły. Nikt już nie płakał, ani nie krzyczał. Tylko mama Hasaniego cicho zawodziła, a otaczające ją kobiety próbowały dodać jej otuchy:

- Uspokój się siostro, już cicho, zaraz go znajdą i wciągną na górę.

Niektóre z nich powtarzały stale: ciii... ciii... ciii! - tak jakby Hasani spał i trzeba było uważać, żeby go nie obudzić. Ojciec Hasaniego zaczął na nowo krzyczeć imię syna. Wydawało się, że jest tak wściekły, że gdyby Hasaniego naprawdę wyciągnięto z szybu, znowu spuściłby mu lanie.

- Uspokój się maszti! Uspokój się i daj nam się wziąć do roboty - starał się go uciszyć pan Abbas.

- Przydałaby się lina i lampa, bez tego nie ma co wchodzić do szybów - dał się słyszeć czyjś głos.

Kilka osób pośpieszyło w stronę baraków i przyniosło dwie latarnie. Abbas Czarchi wziął jedną z nich i położywszy się na brzegu szybu, rozświetlił mroczną czeluść. Pozostali tłoczyli się nerwowo wokół otworu. Pan Abbas, wychylając się w głąb szybu, przyduszonym głosem zawyrokował:

- Nie wydaje mi się, żeby tu był.

Przeszli do kolejnego otworu. Tym razem Masib pochylił się nad wejściem do szybu i przeciągłym głosem, niczym handlarz uliczny, krzyknął:

- Gdzie jesteś chłopcze?

Odpowiedziała mu głucha cisza. Sprawdzili w ten sposób jeszcze cztery szyby. Przy szóstym podzielili się na pół, a po niedługim czasie jeszcze na trzy i cztery kolejne grupy. Przyniesiono nowe lampy i zapas liny. Im dłużej poszukiwania nie przynosiły skutku, tym bardziej byli nerwowi i skorzy do sprzeczek. Kłótnie przerwał krzyk Abbasa Czarchiego, który pochylony nad otworem, zaaferowany wołał:

- Wydaje mi się, że jest tutaj! Słyszę jakieś głosy, jakby ktoś tam na dnie płakał!

Wszyscy stłoczyli się wokół. Zapanowała cisza. Kilka osób wyciągnęło się na ziemi i wsadziwszy głowy w otwór, nasłuchiwało.

- Zgadza się, jest tutaj - oznajmili.

Ojciec Hasaniego wpadł w histerię:

- Szybko, pośpieszcie się, wyciągnijcie moje dziecko na zewnątrz!

- Kto zejdzie na dół? - spytał Masib.

- Szyb jest stary, może się obsypywać - zauważył Ghader.

- Nie, na Boga, na pewno się nie zasypie! Niech ktoś zejdzie na dół, niech ktoś zejdzie i go wyniesie! - błagalnym głosem przekonywał ojciec Hasaniego.

Wszyscy spoglądali po sobie w milczeniu.

- Nikt tu nie jest mężczyzną? Sam więc pójdę, podajcie linę - przerwał ciszę pan Abbas Czarchi.

Żona pana Abbasa stojąca z innymi kobietami, słysząc to, zawołała zdenerwowana:

- Tylko nie ty! Nie! Ty nie możesz, nie dasz rady!

- Zejdź mi z drogi, głupia babo! I zamknij się! Nie mogę pozwolić, żeby dzieciak się tam zmarnował - odkrzyknął jej równie zdenerwowany Abbas.

Kobieta przecisnęła się przez tłum do przodu, zarzuciła ręce na szyję męża i lamentowała:

- Nie pozwolę, nie pozwolę, na Boga nie pozwolę!

- Idź do diabła, suko. Z czym tu się trzeba użerać! - odpędził ją pan Abbas, wymierzając jej mocny policzek, a potem donośnym głosem zawołał:

- Lina!

Mężczyźni przynieśli linę i obwiązali nią pana Abbasa w pasie, sprawdzając kolejno wszystkie węzły.

- Tylko uważajcie, nie puśćcie mnie nagle w połowie drogi - odezwał się pan Czarchi.

- Nie martw się, będziemy uważać - zapewnili go.

Pan Abbas oświetlił wejście do szybu, pochylił się, zajrzał w głąb, a następnie oddał latarnię mężczyźnie, stojącemu obok i głośno powiedział: Bismillah*. Na to wszyscy odmówili wspólnie modlitwę, a ojciec Hasaniego wzniósłszy ręce do nieba błagał:

- O litościwy i miłosierny Boże! Na przodków Hosseina*, Fatimy Zahry* i Chadidży*, proszę, niech moje dziecko wyjdzie na zewnątrz całe i zdrowe, niech mój Hasani będzie żywy!

Abbas Czarchi zanurzył się do pasa w ciemnej czeluści, wspierając się na łokciach na brzegu otworu i upomniał mężczyzn:

- Dobrze trzymajcie linę, a jak ją poruszę ciągnijcie w górę.

Moja mama próbowała pocieszyć zrozpaczoną żonę pana Abbasa, podczas gdy on sam zaczął zsuwać się na dno szybu. Pięciu czy sześciu mężczyzn trzymało linę w napięciu, puszczając ją powoli kawałek po kawałku. Mówili coś do siebie pod nosem, ale nie słyszałem ich dobrze. Ojciec Hasaniego kręcił się niespokojnie wokół, przygryzał wargi, mamrocząc coś niezrozumiale i modląc się na przemian. Byłem tak przejęty poszukiwaniami, że zupełnie zapomniałem, że Hasaniemu nic się nie stało i marzyłem tylko o tym, żeby wyciągnięto go żywego z szybu. Wszyscy bardzo by się ucieszyli. Po jakimś czasie mój ojciec, który też z innymi trzymał linę, dał rozkaz:

- Ciągnijcie do góry!

- Po co? - spytał Rahman.

- Lina się poruszyła, ślepy jesteś?

Mężczyźni w milczeniu ciągneli linę, a ojciec Hasaniego wychylał się ponad ich głowami, wypatrując swojego syna. Naszym oczom ukazały się najpierw dwie ręce pana Abbasa, chwytające krawędź szybu. Po chwili mężczyzna był na powierzchni, z trudem łapiąc powietrze. Dysząc, wyciągnął się na ziemi.

- Był tam? Był? - dopytywał pan Ghader.

Rozpacz ojca Hasaniego osiągnęła apogeum. Abbas przekręcił się na plecy, a potem kucnąwszy, zaczął relacjonować:

- Zaczynałem się dusić...

- Już po nim? - pytał dalej Ghader.

- Tam w środku był tylko zdechły pies.

- Tylko obyś się nie pomylił - odezwał się Masib.

- Durniu, nie odróżniłbym ciała chłopaka od psa? - odpowiedział mu pan Abbas.

Wstał i rozwiązał opasający go sznur. I tak jak poprzednio, najpierw wszyscy razem, a potem w coraz mniejszych grupach, przechodzili znowu od szybu do szybu. Z lampami w rękach przyklękali przy otworach i wołali Hasaniego. Byli tak bardzo pochłonięci szukaniem, że mogłem oddalić się niezauważony. Idąc w stronę baraków, starałem się unikać oświetlonych miejsc, żeby jak najmniej rzucać się w oczy. Przy ujęciu wody ugasiłem pragnienie, a potem skierowałem się już prosto na nasze podwórko. W domu nikogo nie było. Wziąłem jeden lawasz* i dzbanek bez ucha i wybiegłem na zewnątrz. Po drodze do Hasaniego nabrałem wody. Obszedłem Zapadlisko umarłych na około, żeby nikt z szukających mnie nie dojrzał i od tyłu podszedłem do pieca Hadż Timura, w którym schował się Hasani. Rozejrzałem się i zawołałem go cicho. Nie odpowiedział. Zawołałem jeszcze raz, ale nadal nie było odzewu. Krzyknąłem głośniej, ale kiedy odpowiadała mi tylko głucha cisza, przestraszyłem się nie na żarty. Zagwizdałem, tak jak co dzień rano pod domem Hasaniego, żeby mógł mnie rozpoznać. W odpowiedzi usłyszałem tę samą melodię, dobiegającą z góry. Spojrzałem w stronę, z której dochodził dźwięk i zobaczyłem kolegę, który cały czas leżał na dachu kanału i mi się przyglądał.

- Cześć! - przywitałem go.

- Wejdź po cichu na górę - rozkazał mi.

Podałem mu dzbanek i chwytając się cegieł, wdrapałem na dach pieca. Przeszliśmy kawałek dalej i usiedliśmy przy kominie.

- Miałeś schować się na dole.

- Wszedłem na górę zobaczyć, co się dzieje.

- Wiesz co będzie jak cię zobaczą?

- Niemożliwe, nikt nas tu nie widzi - powiedział Hasani i zaczął się śmiać.

- Z czego się śmiejesz? - spytałem.

- Z mojego ojca i z nich wszystkich. Popatrz, jak biegają w koło - powiedział rozbawiony i wskazał na nieckę z szybami.

Część osób z lampami w rękach kręciła się wokół szybów, podczas gdy pozostali skupili się przy jednym otworze.

- Zrobiliśmy coś bardzo złego, Hasani - odezwałem się.

- Dlaczego? - zapytał.

- Twój ojciec umiera z nerwów, nie masz pojęcia, co się z nim dzieje - wyjaśniłem.

- Nie bój się, nie umrze. A co robi moja mama?

- Rozpacza cały czas.

- I dobrze - stwierdził.

- Ty nic nie rozumiesz! - zdenerwowałem się. - Pan Abbas zszedł na dno szybu i zamiast ciebie znalazł dużego zdechłego psa!

- Znalazł trupa swojego ojca - ironizował Hasani.

Obaj się zaśmialiśmy. Zjedliśmy razem chleb, który przyniosłem, a Hasani wypił też kilka łyków wody.

- Nie lepiej, żebyśmy teraz do nich poszli? - spytałem.

- Po co? - zdziwił się.

- Żeby już to skończyć, nie dadzą rady przeszukać wszystkich szybów.

- Jeszcze za wcześnie, niech się jeszcze trochę pomęczą.

- Ktoś z nich może wpaść do szybu i zginąć - próbowałem go przekonać.

- Nie bój się, oni wszyscy są wytrzymali jak psy, nic im nie będzie.

- To co robimy jest podłe.

Hasani zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i zapytał:

- A kiedy oni nas biją, to nie jest podłe?

- Daj spokój, chodź, wróćmy do nich - naciskałem.

- Nie ma mowy.

- Dlaczego?

- Wrócę i co powiem?

- Powiedz, że poszedłeś do ogrodu Szokraji na orzechy - zaproponowałem.

- Wtedy ty wpadniesz w tarapaty.

- Powiem, że nie wiedziałem gdzie poszedłeś i myślałem, że wpadłeś do szybu.

- Wtedy wszystko wyjdzie na jaw i dopiero będzie awantura - powiedział.

- Nic się nie wyda, no chodź.

- Nigdzie nie idę, nie ma mowy - upierał się.

- Jak tak, to ja pójdę i powiem im prawdę. Pokażę im też, gdzie się schowałeś.

Spojrzał na mnie ze złością i powiedział:

- Dobrze, idź i powiedz, ale wtedy koniec z nami, już mnie więcej nie zobaczysz.

- To kiedy zamierzasz wrócić do domu? - spytałem.

- W dniu kiedy będą mnie opłakiwać - odpowiedział. - Jak urządzą uroczystości żałobne, pojawię się znienacka. To dopiero będzie zabawa.

- Nie gadaj głupot, co w tym zabawnego? - spytałem.

- To chyba jasne. Kiedy zasmuceni będą mnie opłakiwać, zakradnę się po cichu w pobliże, wyskoczę nagle przed nich i powiem: Salam! Wyobrażam sobie, jak się przestraszą. Kobiety będą krzyczeć, a dzieci uciekną, bo pomyślą, że wróciłem z tamtego świata. A potem, jak zobaczą, że to naprawdę ja i że nic mi nie jest, ucieszą się i będą skakać z radości, ściskać mnie i całować. Mówisz, że to żadna frajda? Tak?

Znowu obaj utkwiliśmy wzrok w grupce osób przeszukujących szyby przy słabym świetle lamp. Od czasu do czasu dochodziły do nas krzyki mężczyzn lub kobiet.

- To ja idę do nich - zakomunikowałem.

- Idź, tylko mnie nie wydaj!

Na czworakach prześlizgnąłem się po dachu kanału, rozejrzałem dookoła i zeskoczyłem na ziemię. Przecinając Zapadlisko umarłych, wróciłem do wyrobiska z szybami. Wszyscy tłoczyli się przy jednym otworze. Kiedy do nich podbiegłem, zobaczyłem, jak moja mama bije się po twarzy i głowie, krzyczy i płacze. Przecisnąłem się pomiędzy zgromadzonymi do przodu. Mężczyźni trzymali opuszczoną na dno szybu linę, a pan Abbas Charchi wydawał im polecenia:

- Rusza się, ciągnijcie do góry!

- Po co? - spytał Ghader.

- Ślepy jesteś, czy co? - odpowiedział pan Abbas. - Nie widzisz, że lina się poruszyła? Mężczyźni w milczeniu zaczęli wykonywać polecenie. Ojciec Hasaniego, który stał za mną, raz po raz bił się w pierś i powtarzał:

- O Chadidżo, o imamie Mustafo*, o imamie Rezo*, o Hosseinie!

Wtedy zobaczyłem mojego tatę, który opierając się na łokciach na brzegu otworu, z wysiłkiem podciąga się do góry. Od stóp do głów umazany był czarną mazią, z trudem łapał oddech.

- Połóż się i oddychaj głęboko - poradził pan Abbas.

Kilka osób wzięło tatę pod ręce i pomogło mu położyć się na ziemi.

***

Rano nikt nie poszedł do pracy. Mieszkańcy slumsów ledwie żywi ze zmęczenia po nieprzespanej nocy, słaniając się na nogach wrócili do swoich baraków. Hasaniego nie znaleziono.

- Dalsze szukanie nie ma sensu, nie damy rady sprawdzić wszystkich szybów - zdecydował pan Abbas Czarchi.

Przez całą noc zdołali zbadać zaledwie kilka najgłębszych szybów, tworzących podziemną sieć kanałów, którymi płynęły ścieki. Słyszałem od innych, że na dnie pogrążonych w mroku szybów dzieją się przedziwne rzeczy. Ostad* Habib na przykład natknął się na bydlę wielkości krowy, które miało cztery czy pięć ogonów, a w paszczy trzymało głowę zdechłego zwierzęcia. Sajjed* napotkał grupkę nagich, owłosionych jak zwierzęta, ludzi, którzy na jego widok najpierw zbili się przestraszeni w gromadkę, a po chwili rozpierzchli, wskakując do ścieku. Mirdżalal na własne oczy widział wielkie czarne skrzydła latające po kanale w tę i z powrotem. Mówiono, że na samym dole słychać przedziwne odgłosy; płaczliwie miauczenie kotów albo hałaśliwy śmiech kobiet, których nigdzie nie widać. Kilka osób słyszało nawet dźwięk trąbki i cymbałów, na których gra się w dniu Aszury* pieśni żałobne.

Pan Abbas zdecydował, że Hasaniego nie da się znaleźć i trzeba przerwać poszukiwania. Nad ranem wszyscy wrócili do swoich domów i wyczerpani poszli odespać noc. Jedynie ojciec Hasaniego nie spał. Kręcił się między barakami, rozglądając w koło, klaskał w dłonie i powtarzał:

- Widzicie, co się stało? Widzicie, jak straciłem moje dziecko? Jak odeszło?

Z nastaniem poranka trochę się uspokoił i przestał rozpaczać. Wpatrywał się bezmyślnie w różne przedmioty; w dachy baraków, ziejące czernią otwory grobowców skalnych, butwiejące beczki tworzące prowizoryczne ściany domostw i plamy na workach, wiszących przed barakami. Czasami zatrzymywał się, pochylał i bezwiednie podnosił z ziemi porozrzucane tu i ówdzie śmieci, takie jak na przykład kawałek puszki, stłuczoną szklankę czy zniszczonego buta bez pary. Bawił się nimi chwilę, a potem wyrzucał i szukał kolejnych przedmiotów. Słyszałem jak mówił do siebie:

- Teraz już go zjadają, to już koniec. Już po moim Hasanim.

Kilka razy kręciłem się koło niego, ale albo mnie nie zauważał, albo udawał, że mnie nie widzi. Minęło kilka godzin zanim przypomniałem sobie, że Hasani czeka na mnie i pewnie już zgłodniał. Wróciłem do domu po coś do jedzenia. Wszyscy domownicy pogrążeni byli we śnie. Mój tata zasnął ze zmęczenia pod ścianą, z zabłoconymi nogami wystającymi z pokoju na zewnątrz. Wykradłem jeden chleb i garść ghandu* i wyszedłem na podwórze. Słońce było już wysoko na niebie, był środek dnia, ale wokół było pusto i cicho jak makiem zasiał. Jedyną osobą, którą można było spotkać, był tata Hasaniego. Zobaczyłem go, jak stał za jednym z baraków i wydrapywał coś paznokciem na ścianie. Po drodze do Hasaniego, zatrzymałem się jak zwykle przy ujęciu wody. Kiedy wszedłem do kanału pieca, Hasani spał. Zawołałem go kilka razy. Obudził się przerażony z wrzaskiem:

- Kto tam? Kto tam?

- Nie bój się, to ja, to tylko ja - uspokoiłem go.

Wsparł się na łokciach, a potem usiadł. Miał zmienioną twarz, zapadnięte oczy, ręce mu się trzęsły.

- Co słychać? - spytałem.

- Śniło mi się, że spadłem na dno szybu i choć bardzo się trudziłem, nie mogłem się wydostać - odpowiedział.

- To twoja wina. Trzeba było się w to nie bawić. Twój ojciec ogłupiał, całkiem stracił rozum. Hasani w milczeniu wyszedł na zewnątrz. Usiedliśmy obaj w słońcu. Dałem mu chleb i garść ghandu. Popił je kilkoma łykami wody, która została mu jeszcze z wczoraj. Klepnął się dłonią w twarz, a kiedy doszedł do siebie, spytał:

- Co się dzieje?

- Myślą, że nie żyjesz - powiedziałem.

- A ty co robiłeś? - spytał.

- Nic. Nikomu też nic nie powiedziałem.

- Co teraz planują?

- Na razie chyba nic.

- Nie planują uroczystości żałobnych?

- Nic o tym nie słyszałem.

- Moim zdaniem dziś po południu będą mnie opłakiwać.

- Czemu tak sądzisz?

- Pamiętasz, kiedy zmarł jeden z wnuków Bibi, opłakiwali go właśnie następnego dnia.

- Jeśli tak, to pewnie zrobią to dzisiaj.

- Mam nadzieję, dłużej już nie wytrzymam. Nie zapomnisz przyjść mnie powiadomić?

- Nie zapomnę - zapewniłem go. - Ale przygotuj się na porządne lanie.

- Coś ty. Tylko się ucieszą, jak mnie zobaczą.

- Głupi jesteś. Niedługo się przekonamy jak będzie - odpowiedziałem.

- Zakładasz się? - spytał.

- O co?

- Jeśli się rozzłoszczą, kiedy zobaczą, że tak naprawdę nic mi się nie stało i będą chcieli mnie ukarać, ty wygrałeś, a jeśli się ucieszą, ja wygrałem. A wtedy oberwiesz ode mnie solidnie - odpowiedział.

- Jeszcze czego! Tyle się przez ciebie musiałem denerwować, a ty jeszcze chcesz mnie bić? Zaśmiał się i powiedział:

- Żartowałem, postawię ci lody.

- No, to już coś - odpowiedziałem.

- Co teraz zrobimy? - spytał Hasani, żując chleb.

- Nic. Ty schowasz się w kanale pieca, a ja pójdę, zobaczyć co się tam dzieje.

- Jeśli po południu będą mnie opłakiwać, dasz mi znać?

- Jasne.

***

Zgodnie z przewidywaniami Hasaniego, po południu rzeczywiście zaczęto organizować uroczystości żałobne. Pan Abbas przymocował kawałek czarnego materiału do kija i wbił go na placu. Kobiety i mężczyźni gromadzili się, osobno po dwóch jego stronach. O uroczystości powiadomiono mieszkańców okolicznych dzielnic takich jak: Jusef Sijah, Sarpicz, Szams Abad, gdzie znajdowało się dużo pieców do suszenia cegieł, Szotorchun i Goude Molla Ahmad. Obserwowalem jak nadchodzą grupkami, w kolorowych strojach. Nikogo z nich nie znałem. Po wejściu na plac kobiety i mężczyźni rozdzielali się. Kobiety szły w stronę matki Hasaniego, która siedziała przed domem z rozdrapaną i pokrwawioną twarzą i wyczerpana płakaniem kiwała już tylko głową, bijąc się co chwila w piersi. Przyłączały się do niej, powtarzając płaczliwie:

- Siostro, siostro, ile się nacierpiałaś.

Ojciec Hasaniego siedział przed naszym domem, a właściwie to raczej leżał rozciągnięty na ziemi, wodząc zdziwionym, nieobecnym wzrokiem wokół. Każdy nowo przybyły, zorientowawszy się, kto jest ojcem zmarłego, podchodził do niego, by się przywitać i, nie otrzymawszy odpowiedzi, zajmował miejsce wśród zebranych. Pan Abbas pilnował porządku i ustalał przebieg uroczystości.

- Fatiha!* - krzyczał donośnym głosem ze środka placu, a mężczyźni chórem rozpoczynali modlitwę. Ostad Habib roznosił między żałobnikami wodę. Dwaj staruszkowie z Goude Gharibha w pośpiechu skręcali papierosy z tytoniu i kawałków gazety, a Ramazan, starszy syn Bibi, układał je na tacy i częstował przybyłych. Wszyscy zgromadzeni, oprócz ojca Hasaniego, który tylko oblizywał usta i spluwał na ziemię, palili papierosy i popijali wodę. Po upływie godziny na horyzoncie zamajaczyła grupka ludzi. Zbliżali się w pośpiechu, a towarzyszyły im zaciekawione spojrzenia żałobników.

- To mieszkańcy czarnych namiotów z Goude Piran - rozpoznał ich w końcu pan Abbas. - Chodźmy ich przywitać.

Część osób ruszyła im na spotkanie. Koczownicy maszerowali bardzo szybko, z trudem łapiąc oddech ze zmęczenia. Nad ich głowami falowały rytmicznie alamy, niesione specjalnie na tę uroczystość. Pochód otwierało kilku nędznie ubranych smutnych mężczyzn, energicznie bijących się w piersi. Między nimi dostrzegłem chudego mułłę* o długiej szyi i w małym turbanie na głowie. Grupę zamykały kobiety, wszystkie bose i pokryte kurzem.

Kiedy dotarli na plac, żałobnicy entuzjastycznie odmówili inwokację na cześć proroka Mohammada. Nowo przybyli rozdzielili się na dwie grupy. Kobiety, zawodząc, ruszyły w stronę matki Hasaniego, a mężczyźni wyszli na środek placu. Starszyzna pozdrowiła ojca zmarłego, który jednak swoim zwyczajem zignorował ich. Alamy przekazano dzieciom, które zajęły miejsca z tyłu, za żałobnikami. Chudy mułła usiadł na schodach naszego baraku.

- Pozdrówmy głośno proroka! - zawołał pan Ismail.

Gromkie pozdrowienie rozniosło się po okolicy. Kiedy modły ucichły, duchowny zachrypniętym nosowym głosem przemówił:

- Usiądźcie! Siadajcie wszyscy, siadajcie, żebyśmy mogli opłakiwać tego młodego nieszczęśnika.

Zainaugurował ceremonię przedziwną modlitwą, po której zaczął śpiewać. Żałobne pieśni roztkliwiły wszystkich do tego stopnia, że śpiew przerodził się w lament i zawodzenie. Płakali wszyscy; mężczyźni, kobiety, dzieci i nawet ja nie mogłem powstrzymać łez. Jedynie ojciec Hasaniego pozostał niewzruszony i kręcił się w tę i z powrotem, oblizując wyschnięte wargi. Kiedy rozpacz sięgnęła zenitu, mieszkańcy czarnych namiotów w uniesieniu rozdarli koszule na piersiach.

- Bijmy się w piersi, żeby uradować Pana Męczenników* i tego biednego chłopaka - zawołał duchowny donośnym głosem, rozdzierając swoje szaty w ślad za żałobnikami.

Nomadzi zaczęli bić się w piersi, a po chwili dołączyli do nich pozostali mężczyźni, wtórując nieprzerwanie duchownemu w śpiewie. Kobiety padały sobie w ramiona, płacząc i zawodząc coraz głośniej. Uznałem, że już czas, żebym dał Hasaniemu znać, co się dzieje. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, w ogóle nikt nie zwracał uwagi na nikogo. Ukradkiem oddaliłem się od pogrążonego w ekstazie tłumu, a kiedy straciłem żałobników z oczu, wycierając łzy, przyśpieszyłem kroku. Przy ujęciu wody wypiłem kilka łyków, żeby się wzmocnić. W Zapadlisku umarłych nie było żywej duszy. Zacząłem biec. Pędziłem przed siebie niczym wiatr, krążąc między otworami szybów. Trząsłem się ze strachu, a pot ściekał mi strużkami po twarzy. Zdyszany, zatrzymałem się przed kanałem pieca. Hasani wylegiwał się w środku na ziemi. Na mój widok podniósł się, wyszedł na zewnątrz i spytał:

- I co tam się dzieje?

- Trwają uroczystości żałobne - poinformowałem go.

- Co robią?

- Zeszli się mieszkańcy okolicznych dzielnic i opłakują cię, bijąc się w piersi - relacjonowałem.

Przyglądał mi się przez chwilę uważnie, po czym zapytał:

- A ty czemu płakałeś?

- Z żalu.

- Ale jesteś głupi! - zakpił. - Przecież wiedziałeś, że żyję i nic mi nie jest.

- To wszystko przez mułłę, którego przyprowadzili koczownicy z czarnych namiotów. Wszystkich doprowadził do płaczu.

- Więc już czas? - spytał, zacierając dłonie z zadowolenia.

- Chyba tak, wydaje mi się, że to dobry moment.

- Zobaczymy, kto wygra zakład.

- Mam nadzieję, że to będziesz ty - powiedziałem.

- Biegiem - zarządził ze śmiechem, zrywając się z miejsca. Ruszyłem w pośpiechu za nim. Pobiegliśmy w stronę slumsów, ale Hasani gnał tak szybko, że nie byłem w stanie go dogonić.

- Hasaaani! Hasaaani! - wołałem go kilka razy, ale w odpowiedzi słyszałem tylko jego sapanie:

- Hyyy, hyyy, hyyy...

I wtedy nagle - nie wiem zupełnie jak to się stało - zobaczyłem jak Hasani, potknąwszy się o stertę śmieci, poszybował w górę... i runął wprost w ciemną otchłań! Na początku nie zorientowałem się, co się stało, byłem pewien, że upadł. Podbiegłem w jego stronę, ale zniknął mi z oczu. Musiał wpaść do szybu, do jakiegoś wielkiego szybu, największego ze wszystkich! Nie mogłem w to uwierzyć! Język stanął mi kołkiem, wargi zacisnęły się, chciałem krzyczeć i wołać go, ale nie mogłem. Głos uwiązł mi w gardle, usta nie otwierały się. Opadłem na stertę śmieci i drapałem się w ramię, z trudem łapiąc oddech. Sam nie wiem, jak udało mi się wstać. Wydawało mi się, jakby jakaś siła postawiła mnie na nogi bez udziału mojej woli. Zacząłem biec. Szybciej niż zwykle, szybciej nawet od Hasaniego. Byłem tak oszołomiony, że niewiele brakowało, bym sam rzucił się do szybu. Nawet nie zauważyłem, kiedy minąłem szosę i dotarłem do ujęcia wody. Dopiero tutaj po chwili odpoczynku wrócił mi oddech i mowa i cicho zawołałem: Hasani! Hasani!

Kiedy wpadłem na plac, ceremonia dobiegła już końca. Żałobnicy siedzieli wokół w ciszy. Ramazan dalej częstował papierosami, a Ostad Habib roznosił wodę w dzbanie.

- Hasani! Hasani! Hasani! - zawołałem głośno.

Upadłem na ziemię, miotając się szaleńczo i bijąc po głowie. Obecni na placu rzucili się w moim kierunku, a pan Abbas, który podbiegł szybciej od innych, przytrzymał mi ręce, żebym się więcej nie okładał i spytał:

- Co się stało?

- Hasani! Hasani wpadł do szybu! - wrzeszczałem.

Szarpałem się i próbowałem wyrwać z rąk pana Abbasa. Podniosła się wrzawa.

- Już dobrze, ciii... Niech Bóg ma go w swojej opiece, przestań się bić, uspokój się - próbowali mnie uciszyć, ale ja krzyczałem dalej rozpaczliwie:

- Teraz wpadł! Przed chwilą! Hasani wpadł do szybu!

Mój ojciec odsunął mężczyzn, podszedł do mnie i powiedział:

- Zamknij się dzieciaku, nie rozdrapuj na nowo ran jego ojca i matki.

- Wpadł, wpadł do szybu na moich oczach - płakałem.

Ojciec stracił cierpliwość i zdenerwowany zaczął krzyczeć:

- Mówię ci, żebyś się zamknął! Cicho bądź głuchy ośle!

- Teraz dopiero wpadł! Wpadł przed chwilą! - wrzeszczałem na całe gardło.

Tata podniósł mnie z ziemi i wymierzył mi mocnego kuksańca w ucho.

- Nie bij go idioto, nie widzisz, że zwariował i wszystko mu się plącze?! - krzyknął pan Ismail.

Odsunął ojca, objął mnie i powiedział łagodnie:

- Uspokój się, no już spokojnie.

Ostad Habib podał szklankę wody Ismailowi, który schłodził nią moją rozpaloną twarz. Próbowałem mu się wyrwać, ale miałem za mało siły. Kilka osób, zresztą, przyszło mu z pomocą, żeby uniemożliwić mi ucieczkę.

In the Memory of Parvin Etesami, Morteza Katouzian, 1985 rok- Hasani wpadł! Wpadł do szybu! Hasani! Hasani! - zawodziłem głośno, aż w końcu pan Ismail zasłonił mi swoją wielką dłonią usta, a pozostali zaciągnęli mnie do naszego baraku. Kiedy mijaliśmy ojca Hasaniego, wpatrywałem się w niego uporczywie, pokazując palcem kierunek szybów, ale nawet na mnie nie spojrzał. Nie zwracał uwagi na nic, wpatrzony cały czas w jakiś punkt przed sobą. Kiedy weszliśmy do domu, pan Ismail jeszcze raz spróbował mnie uspokoić:

- Cicho bądź dziecko, wszyscy wiedzą, że Hasani był twoim przyjacielem i że bardzo się lubiliście, ale nic teraz nie można zrobić, los tak chciał.

- Teraz wpadł! To się stało przed chwilą! - zawołałem znowu.

Chciałem uciec z baraku, ale zatrzymali mnie siłą.

- Co z nim zrobimy? - zastanawiał się głośno tata.

- Ma zwidy, lepiej zwiążmy mu ręce i nogi - zaproponował pan Ismail.

Zrobili tak jak poradził. Byłem unieruchomiony, ale nie przestawałem wrzeszczeć.

- Ale co zrobić, żeby przestał się tak drzeć? - spytał ojciec.

- Trzeba zatkać mu usta - kontynuował pan Ismail.

Położyli mnie w kącie związanego i z zatkanymi ustami. Tata, cały czas pocierał ze zdenerwowania dłonie i powtarzał:

- Co ja z nim zrobię? Na Boga, co ja zrobię, jak mu tak zostanie?

- Nie martw się, zaraz powiem duchownemu, który przyszedł z koczownikami, żeby przygotował dla niego specjalną modlitwę. Na pewno mu się poprawi - pocieszał go Ismail.

- A jak to mu nie pomoże, zabierzemy go do mauzoleum Szaha Abdolazima* - wtrącił Ostad Habib.

Taty to jednak nie uspokoiło.

- O ukryty imamie! O Mahdi*! O Mahdi! - powtarzał zdenerwowany, krążąc po domu.

Naradzali się w pokoju jeszcze chwilę, aż w końcu pan Ismail stwierdził:

- Lepiej zostawmy go samego, może wróci do siebie.

Wyszli na zewnątrz i zamknęli za sobą drzwi. Usłyszałem, jak znowu wspólnie modlą się na placu, a po chwili mułła zachrypniętym nosowym głosem, zaczął na nowo śpiewać pieśni żałobne.

tłum. Joanna Hrehoruk

zar - potoczne określenie na używaną w przeszłości monetę tysiąc dinarową, utworzone od słowa hezar - tysiąc, np. do zar - oznaczało dwa tysiące dinarów.

jalla - popularny zwrot, zaczerpniety z języka arabskiego, używany w znaczeniu: pospiesz się, szybko, chodź, chodźmy. W tłumaczeniu dosłownym oznacza: O Boże.

maszti (masz, maszdi) - skrót od słowa maszhadi, będącego tytułem nadawanym mężczyznom, którzy odwiedzili mauzoleum Imama Rezy (ósmego imama szyitów) w Maszhadzie, w pn.-wsch. Iranie.

Bismillah - inwokacja, wypowiadana przez muzułmanów przed rozpoczęciem pracy. Oznacza: W imię Boga.

Hossein - trzeci imam szyicki, syn Alego, zięcia Mohammada (Mahometa), proroka islamu i założyciela pierwszej wspólnoty muzułmańskiej.

Fatima Zahra - córka proroka Mohammada i Chadidży.

Chadidża - żona proroka Mohammada.

lawasz - chleb wypiekany w postaci cienkich podłużnych placków.

Imam Mustafa - jeden z przydomków proroka Mohammada.

Imam Reza - potomek proroka Mohammada, ósmy imam szyicki.

ostad, ustad - tytuł nadawany zwyczajowo w Azji Południowej i na Bliskim Wschodzie poważanym mistrzom i nauczycielom.

sajjed, sejjed - dosłownie "pan", określenie stosowane jako tytuł honorowy należny potomkom proroka Mohammada.

Aszura - dziesiąty dzień miesiąca moharram, w którym szyci opłakują męczeńską śmierć imama Hosseina, który zginął w bitwie pod Karbalą.

ghand - uszlachetniony, twardy, wolno rozpuszczalny cukier, sprzedawany w dużych bryłach, które specjalnym młotkiem rozłupuje się na mniejsze kawałki, wkłada pod język i w ten sposób osładza herbatę.

Fatiha - otwierająca sura Koranu, często powtarzana jako modlitwa.

alam - wysoka na kilka metrów i najczęściej szeroka konstrukcja drewniana lub metalowa, do której przymocowane są kawałki tkaniny ozdobione religijnymi inskrypcjami oraz pióra, używana podczas uroczystości żałobnych. Alamy mogą mieć także prostszą formę i nie być tak rozbudowane.

mułła - określenie osoby znającej się na muzułmańskiej teologii i prawie. Zwyczajowo nazywa się tak przywódców lokalnych wspólnot religijnych.

Pan Męczenników - przydomek nadawany Hosseinowi, który zginął w bitwie pod Karbalą, walcząc z wojskami umajjadzkiego kalifa Jazyda o odzyskanie kalifatu przez stronników Alego (zwanych później szyitami).

mauzoleum Szaha Abdolazima - duży kompleks świątynny na południu Teheranu, miejsce pielgrzymek szyitów.

Mahdi - w szyizmie dwunasty, ukryty imam, który ma powrócić na ziemię tuż przed Sądem Ostatecznym, żeby uratować ludzkość.

źródło: Bazi tamam szod, w: Aszofte halan-e bidarbacht (Szczęśliwi zagubieni), Wydawnictwo Behnegar, Teheran 1999.

Ilustrujące opowiadanie obrazy namalował Morteza Katouzian. Te i inne jego prace można zobaczyć tutaj.