Parszang*

Pytała:

- Mogę wziąć?

Kobieta, Rabindranath TagoreI brała. Od tygodnia zbierała owoce, z dziecięcą radością wkładała je do torebki i dopytywała:

- Jaki dzisiaj dzień?

Oczy jej błyszczały, a kurdyjską chustę zawiązała na głowie tak, żeby zasłaniała podbródek. Brzeg chusty podciągnęła prawie do ust i widać było tylko błyszczące policzki i dwoje niezwykłych zielonych oczu. Dziś była środa.

- Która godzina?

Kobieta zniecierpliwiona zamknęła książkę i spojrzała na zegarek.

- Jedenasta.

Parszang niespokojnie usiadła na łóżku i rozejrzała się po pokoju. Wszystko było poukładane i czyste. Od rana szorowała każdy zakamarek pokoju numer 402. Umyła dzbanek i szklankę, od pielęgniarki przyniosła talerz i ułożyła na nim owoce.

Kobieta ponownie otworzyła książkę, ale słowa uciekały sprzed jej oczu, gubiła ich znaczenie, nie mogła skupić myśli na zdaniach, coś jej nie pozwalało, coś przeszkadzało. Widziała jak Parszang stoi na łóżku przy oknie i skrobie paznokciem szybę w rogu. Zamknęła książkę i zapatrzyła się na Parszang, która pochylała się teraz nad trzecim łóżkiem i wygładzała prześcieradło. Jej oczy błyszczały, a w ruchach i zachowaniu wzbierało zawstydzenie. Tak jakby nie chciała, żeby ktoś obcy dostrzegł jej niepokój.

Znała ją od tygodnia. Parszang mieszkała w tym pokoju, na tym oddziale od roku. Wyrwano jej zęby, ale brązowa linia zaczynająca się pod uchem i biegnąca do podbródka nie była w stanie ugasić żaru jej spojrzenia.

- Parszang, twoja kolej na prąd, a pani, pani Rajan, niech idzie teraz na tomografię komputerową.

Trzy dni temu poszła z nią. Na korytarzu i w laboratorium Parszang nie przestawała mówić:

- Czeka na przyjazd męża, on jest rolnikiem, w Kurdystanie ciągle jest zimno, ale jeśli założy swoje brązowe palto, to się nie przeziębi.

Parszang mówiła, śmiała się i wydawało się, że nie przejmuje się ani zębami, których puste miejsca wypełniły czarne od terapii prądem dziąsła, ani liczeniem dni życia:

- Doktorze, ile mi jeszcze czasu zostało, ile?

Lekarz też nie był zmuszony stale odpowiadać:

- Powiedziałem, że na razie nic nie wiadomo, trzeba zrobić biopsję.

Na korytarzu i w laboratorium kobieta rozmyślała o niedokończonych sprawach, o planach i opowieściach i o tym co powinno wyróżniać ją i jej życie od innych. Westchnęła głośno, a Parszang położyła dłonie na jej ramionach.

- Wygląda na to, że twój mąż też jest zajęty...

Ale ona nie miała męża, żadnego mężczyzny ani żadnej kobiety, przyjechała tu, do tego odległego miasta, żeby nikt nie widział jej słabości, żeby nikogo nie spotykać; żadnych najść rodziny, płaczu matki, która na pewno kręciła się w tę i z powrotem, mamrocząc pod nosem, łez siostry. Nie, nie miała cierpliwości do nikogo, była sama i chciała zostać sama. Zależność niszczy okazje, nie zostawia czasu na najważniejsze sprawy. Człowiek, który chce zająć się pracą, twórczą pracą, musi odciąć się od wszystkiego, wszystkiego...

Kobieta oparłszy głowę na łokciu, zapatrzyła się w prószący za oknem śnieg. Parszang siedziała na łóżku, przyglądając się jej. Kobieta zaskoczona, zadrżała. Miała dziwne przeczucie, zapragnęła usłyszeć głos Parszang, chciała żeby opowiedziała o swoim życiu, o mężczyźnie, którego kochała.

- Razem chodziliśmy na pola, za górę Abidar, pracowaliśmy do zachodu słońca, mój mąż jest wysoki i silny.

Ale Parszang tylko patrzyła. W jej roześmianych oczach migotały iskierki.

Na początku nie dawała jej spokoju, chciała dowiedzieć się czegoś o jej życiu, smutkach i radościach. Chciała wiedzieć czemu zawsze jest przygaszona. Czemu nic nie mówi i nikt nie przychodzi do niej w odwiedziny, co tam czyta, co to za opowieści? Brała po kolei jej książki do ręki, kartkowała i ze zdziwieniem odkładała na miejsce, a kobieta odpowiadała na jej pytania milczeniem, nie przerywając czytania.

A teraz pragnęła usłyszeć głos Parszang, chciała, żeby mówiła o sobie i swoim życiu.

Parszang siedziała na łóżku i patrzyła na nią, a jej zielone oczy błyszczały. Kobieta odkaszlnęła, żeby odzyskać głos.

- Coś chciałaś...?

- Masz... masz lusterko i...?

- I co?

- Grzebień, mój się połamał.

Kobieta zaśmiała się, z pozycji, w której spała wyciągnęła rękę, sięgając po torebkę. Grzebienia nie miała, ale miała małe okrągłe lusterko, które kupiła, by móc zobaczyć jak duży jest guz, który wyczuwała pod palcami na szyi. Wyjęła lusterko, sięgnęła dłonią do szyi, dotknęła guza i spojrzała w odbicie. Usta jej zadrżały i bezwładnie podała lusterko Parszang.

Powiększył się. Znajdował się między szyją a kośćmi klatki piersiowej. Był twardy, a guzki, które są złośliwe, są twarde i nie uginają się pod palcami. Nacisnęła jeszcze raz, nie, nie miała już czasu. Na załatwienie najważniejszych spraw potrzeba czasu, a życie, to dwudziestopięcioletnie życie tak szybko się kończyło, czas mknął z prędkością wiatru i nie było go już na dokończenie książki, napisanie opowieści, zapisanie historii losów i zmagań ludzkich, nie, życie dobiegało końca, podczas gdy Parszang czesała włosy i śmiała się do lusterka, trzymając je tak, że odbijały się w nim tylko jej oczy. Zielone, duże radosne oczy.

Pewnej nocy, gdy wróciła z laboratorium i zrezygnowana i zmęczona chciała uchwycić się czegoś, co by ją odwiodło od myśli o niebycie i przywróciło do życia, powiedziała do Parszang:

- Znasz na pamięć jakiś wiersz?

- Znam.

Kobieta i męzczyzna, Rabindranath Tagore- To powiedz ten wiersz Niech żyje lud kurdyjski.

Sama zaczęła deklamować po kurdyjsku, a Parszang patrzyła na nią zdumiona. Parszang nie znała tego wiersza i kiedy kobieta poprosiła ją "powiedz, co znasz", wyrecytowała:

Znają naszą opowieść, naszą zieloną opowieść,

Znają ją góra Abidar i dęby,

Czekając na twój głos, głos twoich kroków,

Przyłożyłam ucho do ziemi,

Znają naszą opowieść, naszą zieloną opowieść.

Jaki kolor mają oczy Parszang! Intensywna zieleń, a ona niczego nie rozumie, nie boi się, nie liczy dni, dni, które mijają z prędkością wiatru!

Parszang oddała lusterko, poprawiła kurdyjską opaskę na głowie, zaśmiała się, a kobieta wbrew swej woli spojrzała na zegarek i powiedziała:

- Wpół do trzeciej!

Parszang spojrzała na nią. Oczy jej błyszczały. Za pół godziny szpital wypełni się głosami kroków, a któreś z nich na pewno skierują się do pokoju numer 402. Zanim jeszcze pacjentka z łóżka numer trzy nie opuściła szpitala, kwadrans przed godziną odwiedzin kobieta chowała głowę pod kołdrę i zasłaniała uszy. Nie miała cierpliwości i durne oznaki współczucia wyprowadzały ją z równowagi. Nie chciała nikogo widzieć, nikogo, kto miałby czas, przed kim było życie i mógł się nim cieszyć jeszcze długie lata. Dziś jednak w jej sercu kołatało się podświadome oczekiwanie, zmuszając ją do wpatrywania się w drzwi. Kobieca ciekawość albo chęć utrwalenia w pamięci czegoś, co mogłaby, jeśli się uda, któregoś dnia opisać... Parszang nie zajmowała się opowieściami, Parszang żyła i czekała i na każdy dźwięk kroków siadała wyprostowana na łóżku, śmiejąc się, a jej twarz rozkwitała.

- Miałam czternaście lat, gdy zostałam jego żoną.

Trzydziestoletnia Parszang wstała i śmiejąc się wyczekująco wpatrywała w drzwi. Kobieta odwróciła się i zobaczyła wysokiego pięćdziesięcioletniego mężczyznę z bujną siwą brodą, wysokim czołem i łagodnymi oczami w orzechowym kolorze. Stał w drzwiach. Wydawało się, że nie widzi nikogo, tak jakby w pokoju numer 402, małym pokoiku u podnóża góry Abidar, nie było nikogo więcej, poza czternastoletnią Parszang...

Kobieta z kwiatem, Rabindranath TagoreKobieta nie zauważyła, że ktoś usiadł na łóżku. Mężczyzna wszedł, stanął na wprost Parszang i patrzył. W milczeniu. Bez słów. Kobieta nic nie słyszała i widziała tylko, jak długie, szczupłe dłonie łagodnie głaszczą Parszang po głowie, drżąc.

Dopiero gdy mężczyzna wyszedł, usłyszała jak Parszang mówi:

- Jest praca w Teheranie, zostanie tutaj, weźmiemy pokój blisko szpitala.

Późną nocą głos Parszang rozjaśnił pokój niczym reflektor:

- Znają naszą opowieść, naszą zieloną opowieść.

Kobieta z zamkniętymi oczami i mokrymi policzkami, śpiewała szeptem:

- Znają ją góra Abidar i dęby.

tłum. Joanna Hrehoruk

Parszang - w języku kurdyjskim oznacza iskrę.

źródło: Kanizu, Wydawnictwo Nilufar, Teheran 1988.