Madame Wilczyca

Wszyscy bez wyjątku, i ja i dzieci, boimy się panicznie sąsiadki z piętra niżej. Przyjaciele, którzy przychodzą do nas w odwiedziny, też przesiąkli tym strachem. Życiu na obczyźnie nieustannie towarzyszą ukryte lęki. Czyhają na nas w każdym zakamarku Paryża. Nieustannie przepełnia nas poczucie winy, za to, że jako obcy przybysze ośmieliliśmy się wtargnąć tu z tamtej strony świata i zająć przestrzeń należną miejscowym. Stałe przepraszanie i tłumaczenie się, przemykanie jak cień, żeby pozostać niezauważonym, stłumiona wściekłość, nie mająca odwagi wybuchnąć, poczucie poniżenia, które kłuje w środku i czeka na odpowiedni moment, żeby odpłacić tym samym, to kolejne nieodłączne elementy tego życia. I wreszcie jest jeszcze duma, której początki sięgają dwa i pół tysiąca lat wstecz. Patrzymy z góry z ironią, ale i wahaniem, na skutki rozwoju cywilizacji i nowoczesności, przekonani, że my, dumni potomkowie Cyrusa* i Dariusza*, nawet poniósłszy porażkę, nawet w nieszczęściu i w upadku, i tak jesteśmy lepsi od innych. Gdzie jest źródło takiego myślenia? Bóg jeden wie. A to, że znaleźliśmy się w takiej sytuacji i że po świetności i przepychu eksponowanym z pompą i fanfaronadą nie zostało ani śladu, jest tylko i wyłącznie waszą winą. Waszą czyli was, ludzi Zachodu; wyzyskiwaczy, kochających pieniądze i powierzchowność. I nawet jeśli żaden z tych zarzutów nie jest słuszny, to jednak nie da się zaprzeczyć, że moje obecne utrapienie związane jest nierozerwalnie z sąsiadką z dołu. Jej uporczywa obecność w naszym i tak nieuporządkowanym i chaotycznym życiu, choć nienamacalna, stale je zakłóca. Jest niczym niewidzialna zjawa, przynosząca nieszczęście i sprowadzająca zły los. Boimy się poruszać po mieszkaniu, śmiać się, rozmawiać. Dopiero co przyjechaliśmy i obce są nam zasady panujące w tym nieznanym kraju. Zostaliśmy rzuceni w ten zakątek świata, wyrwani z życia w dużym domu z ogrodem pełnym zieleni, z kręgu rodziny, przyjaciół i znajomych. To wszystko sprawia, że kręcimy się w kółko jakby w półśnie, starając się poruszać tak, by na nikogo nie wpadać, nikomu nie przeszkadzać i nie wchodzić w drogę. Dzieci zachowują się jak dzikie bestie, które zerwały się z uwięzi; są bardzo podniecone i zalęknione, a ich strach objawia się niepohamowanymi wrzaskami i łomotaniem we wszystko, co się im nawinie pod rękę. Jedno ma dwa, drugie pięć lat. Syn tłucze siostrę, ja tłukę syna, a sąsiadka wali w ścianę. Czasem uderza kijem od szczotki lub długim drewnianym drągiem w sufit, albo wrzeszczy przez okno: Zamknijcie się! Zdarza się też, że dzwoni i przez telefon krzyczy tak niemiłosiernie, że słyszę jej głos nie tylko w słuchawce, ale też z głębi korytarza klatki schodowej. Złowrogie, niemilknące echo dochodzi z czterech stron świata, rozbrzmiewając niczym trąba Israfila*. Ten dźwięk wywołuje u mnie dreszcze i rozstraja mój i tak prosty i zacofany umysł.

Edouard Cortes, Boulevard a ParisOtwieram drzwi. Zawstydzony wzrok wbity w ziemię, drżący głos cedzący słowa bez ładu i składu, ręka zawieszona bezwładnie w powietrzu, noga gotowa w każdej chwili do zwrotu i ucieczki; całe moje bezbronne ciało zastygłe w drzwiach w poddańczej postawie, jednoznacznie wyraża skruchę i poczucie winy. Obiecuję sąsiadce, że te nieludzkie wrzaski nigdy więcej się nie powtórzą, a dzieci, chociaż nie zjadły jeszcze kolacji (do diabła z tym!), popędzane kopniakami i kuksańcami natychmiast pójdą do łóżek. A jeśli o mnie chodzi, to nie dotykając stopami ziemi, lekko jak komar, pofrunę na koniec mieszkania i przez trzy dni i trzy noce nie wyściubię nosa spod materaca. A jeśli będzie taka potrzeba, będę tkwić pod łóżkiem w śmiertelnej ciszy, koncentrując się wyłącznie na przestrzeganiu przepisów obowiązujących w tym kraju i zasad mieszkańców tego miasta.

Sąsiadka z z dołu nie wierzy w ani jedno moje słowo. Przypuszcza kolejny atak, podnosi głos, po raz kolejny świdruje mnie wzrokiem, a jej nozdrza znowu drżą. W długie zdania wtrąca liczne: grr i wrr i chrr, które przywodzą na myśl grzmoty i tajfun. W ten właśnie sposób daje mi do zrozumienia, że tym razem to już naprawdę przesadziliśmy i że wojna dopiero się zaczyna. Klitki w której mieszkamy, w teherańskiej dzielnicy Mahmudije nikt nawet by nie wziął pod uwagę pod wynajem, ale jej położenie w centrum Paryża, oraz to że ma przedpokój i jest wyposażona w szafy na ubrania, sprawia, że jest niezwykle droga. Mieści się na piątym piętrze kamienicy, stojącej naprzeciw kościoła. Dzięki Bogu, posadzono wokół niego kilka drzew, które przyciągają pod szczyt dachu stada wróbli i tłustych gołębi. To dla nas niezwykły dar. Ten widok sprawia mi i dzieciom ogromną radość, bo przypomina nam Teheran, Szemiran* i ogrody Darbandu*.

Ta mysia nora ma jeszcze jedną zaletę. Do pokoju dziennego przylega szeroka na dwa metry weranda, która jest naszym pokojem gościnnym, miejscem rozrywek i radości. Wszędzie, gdzie się dało poustawialiśmy w tym naszym maleńkim raju doniczki z kwiatami i porozkładaliśmy atlasy geograficzne. Wieczorami, jeśli pogoda na to pozwala, siadamy na tym skrawku zielonej przestrzeni, wśród kwiatów bez zapachu, i zapominając o troskach rozkoszujemy się ogórkami pełnymi pestek* i zagraniczną chałwą bez aromatu. Jeśli odwiedzi nas ktoś z przyjaciół, mimo, że nie ma tam gdzie szpilki wcisnąć, zapraszamy go do naszego ogrodu, by dzielił z nami szczęście, chociaż na chwilę oddalając tęsknotę za ojczyzną. Sąsiadka z dołu, którą dzieci nazwały Madame Wilczyca, burzy się przeciwko spędzaniu przez nas czasu na werandzie i co minuta daje o tym znać wrzaskiem: Cisza! Ten rozkaz jest tak jednoznaczny i stanowczy, że na jego dźwięk słowa więzną nam w gardłach, a śmiech zastyga na ustach. Jej głos natychmiast zabija naszą przyjemność. Zamykam prędko okno, powtarzam sobie, że muszę być cierpliwa i z bolesną pokorą, w uniżeniu, przełykam odwieczne poczucie dumy. Zwłaszcza ja jako Iranka, podejrzana o niejasne występki, skazana na potępienie, nie mam najmniejszego prawa do protestu. W tym mieście nie przesiaduje się na werandach, nie śmieje się, zanosząc chichotem i nie traci cennego czasu na paplanie i rozmowy o bzdurach, ani tym bardziej na bezsensowne, miłe próżniactwo. Tutaj, jeśli ktoś chce spotkać się z przyjacielem, to bez wątpienia po to, żeby rozprawiać o polityce, filozofii albo światowej literaturze. Zaprasza go wtedy do kawiarni i wykłada swój pogląd od początku do końca, pijąc w pośpiechu gęstą kawę. Udaje mi się wmówić sobie to wszystko, ale dzieci nie potrafię przekonać. Wyrwane dopiero co z objęć babć i ciotek, oddalone od źródła miłości i dobroci, pozbawione przytulania i pieszczot, uwięzione zostały w tym zimnym, smutnym miejscu odartym z wszelkiej uczuciowości. Nie potrafią zrozumieć tej wielkiej niesprawiedliwości. Podskakują z radości na dźwięk dzwonka telefonu albo otwieranych drzwi. Cieszy je nawet przyjście Madame Wilczycy, bo przerywa ciszę i izolację naszego domu.

Francuzi nie otwierają tak łatwo drzwi do swoich mieszkań. Najpierw obserwują pukającego przez wizjer, szkło powiększjące zamontowane specjalnie w drzwiach. Potem odpytują, do kogo i po co przyszedł. Dopiero kiedy upewnią się, jaki jest cel wizyty, zdejmują łańcuch blokujący wejście od wewnątrz. Otwierają pierwszy zamek, potem drugi, nie przestając obserwować i wypytywać. Na koniec ostrożnie uchylają drzwi. Jeśli przyszło się bez uprzedzenia, oczekują przeprosiń i wytłumaczenia. Jeśli zaś okaże się, że sprawa jest pilna, załatwiają ją szybko w drzwiach i na tym koniec. Drzwi naszego domu nie mają łańcucha, wizjera ani licznych zamków. Otwieramy je w te pędy, podekscytowani nadejściem niespodziewanego gościa, a dzieci zapraszają wszystkich - nawet Madame Wilczycę - do środka. Od razu wstawiam wodę na herbatę i ruszam witać osobę stojącą w przedpokoju. Nie lubię załatwiania spraw w korytarzu. Wolę, byśmy usiedli, wzięli głęboki oddech, napili się razem herbaty i jeśli trzeba przy okazji ponarzekali. Sąsiadka z dołu nie ma czasu na takie ceremonie. Wchodzi na górę, puka do naszych drzwi, wrzeszczy i odchodzi. Gospodyni budynku tak samo. Przychodzi, puka, przekazuje przesyłkę pocztową, odchodzi. Pracownik zakładu energetycznego postępuje podobnie. Przychodzi, puka, wypisuje kwitek, odchodzi. Pozdrowienia i pytanie o samopoczucie nie są tu w modzie. Sąsiadka z mieszkania obok, to osoba w średnim wieku. Nie jest kłótliwa, nie skarży na nas, nie puka do naszych drzwi, ale jest tak, jakby jej nie było. My, obcy, nie istniejemy dla niej, ani ona dla nas. Czasem wpadam na nią na schodach albo jedziemy razem windą. Żadna z nas nic nie mówi. Jeśli powiem dzień dobry, odpowie, ale jeśli nie odezwę się pierwsza, milczy. Wychodzi z domu wcześnie rano, wraca zmęczona późnym wieczorem. Jej samotność sprawia mi ból. Na samą myśl o tym, że ktoś może być tak odizolowany i samotny we własnym mieście, ściska mi się serce. Sąsiadka z dołu przynajmniej żyje. Jest ogarnięta obsesją, wiecznie się z nami kłóci, ale przynajmniej jest to jakiś rodzaj relacji. Ani na chwilę nie zapominam o jej istnieniu, ale z tej świadomości nic więcej dla nas nie wynika.

Zapisałam dzieci do pobliskiego przedszkola i cieszę się bardzo, że trzymają je tam od ósmej rano do piątej po południu, bo to jest po myśli Madame Wilczycy. Jej zadowolenie sprawia mi ogromną radość. Marzę, by przedszkola działały także w niedziele, a zajęcia przeciągały się do późnego wieczora. Odprowadzanie dzieci do przedszkola to prawdziwe wyzwanie. Nie chcą tam chodzić i boją się nauczycieli, mówiących do nich w obcym języku. Kiedy wychodzimy rano z domu, jest jeszcze ciemno i najczęściej pada deszcz. Nie mamy samochodu, więc musimy przemierzyć na piechotę całą główną ulicę i kilka mniejszych uliczek. Obie moje pociechy płaczą. Kiedy docieramy do drugiej uliczki, mojego synka, jak co rano, zaczyna boleć brzuch. Zwija się i skręca, wieszając na moich nogach. Chce wracać. Serce mi się kraje i żal mi dzieci, ale wystarczy, żebym pomyślała o domu, a przed oczami staje mi twarz sąsiadki i ten widok zwycięża nad matczynymi uczuciami. Córeczka jest śpiąca i ledwie przytomna. Przez całą drogę drzemie. Ziewając przysiada na schodach i progach domów, które mijamy po drodze. Jeśli dam jej spokój i ją zostawię, zaśnie na miejscu. Przekupuję ją lizakami i czekoladą. Kiedy siada, macham jej przed oczami kolorowym papierkiem. Zrywa się z miejsca i z miłości do słodyczy podbiega dwa, trzy metry. Kiedy jednak zje już całego lizaka, siada i znowu przysypia. Łapię ją za kołnierz i wlokę do drzwi przedszkola. Deszcz też bardzo uprzykrza nam drogę. Nie wiem, nad kim mam trzymać parasol. Nie mam za to najmniejszych wątpliwości, że wieczorem czeka nas kichanie, kaszel, gorączka, dreszcze, a wszystkie związane z nimi dźwięki będą wypełzały szparami w oknach, by dotrzeć do wrażliwych uszu sąsiadki z dołu. Gdyby nie wojna w kraju, wrócilibyśmy natychmiast. Gdyby nie strach przed bombami i pociskami rakietowymi, nie zostałabym tu ani chwili dłużej. Ale w rzeczywistości to tutaj jest prawdziwe pole bitwy. Cały czas trwamy w gotowości do ucieczki i toczymy walkę, a niewidzialny karabin stale ma nas na celowniku. Po jednej stronie granicy Saddam Husajn, po drugiej, dwa kroki od nas, przyczajona Madame Wilczyca. A my przypominamy jeńców wojennych z rękami na karku, którzy poddają się, zhańbieni i pełni rozpaczy. Nieznajomość języka i niezrozumienie wyrazów pogrąża nas, dowodząc naszej zbrodni. Nie ma bardziej zwycięskiej broni nad słowa. Przewaga wroga jest druzgocąca, bo biegle nimi włada, podczas gdy nasze usta są nieme.

Sąsiadka z dołu opracowała nową strategię: wysłała do nas oficjalne pismo, nagromadzeniem szczegółów przypominające urzędowe pouczenie. Zawarła w nim kilka kategorycznych nakazów. Po pierwsze, musimy jak najszybciej pokryć drewnianą podłogę grubym dywanem, żeby wygłuszał dźwięk kroków. Po drugie, mamy wystrzegać się noszenia w domu obuwia, a przede wszystkim butów na wysokich obcasach i drewnianych chodaków. Nie wolno nam przesiadywać na balkonie. Nie wolno nam rozmawiać w łazience i ubikacji, ponieważ kominy wentylacyjne nazbyt dobrze przenoszą dźwięki. Nie możemy kąpać się rano ani po dziewiątej wieczorem, ani spuszczać wody w toalecie. Mamy uważać, by nie trzaskać drzwiami od szaf i powstrzymywać się od głośnego śmiechu, kichania, kaszlu i czkawki. Ostatnia wytyczna, podkreślona czerwonym kolorem pióra, nakazuje nam rzadziej przebywać w mieszkaniu i spędzać jak najwięcej czasu poza domem.

Nie mamy wyboru, musimy się podporządkować. Szybko wykładamy podłogę w pokojach wykładziną na gąbce, chodzimy na bosaka, rozmawiamy szeptem. Przyjaciele, którzy nas odwiedzają, zdejmują buty przy drzwiach. Zaraziliśmy ich naszym strachem. Zaakceptowaliśmy to, że musimy zachowywać się ostrożnie i cicho, rezygnując z własnych pragnień. Powoli zapominamy, że też jesteśmy ludźmi, i że we własnych czterech ścianach powinniśmy cieszyć się swobodą. Bez dyskusji, poddaliśmy się narzuconym regułom, łatwo i w naturalny sposób godząc się na dyktaturę Madame Wilczycy. Nie jesteśmy przyzwyczajeni, by bronić swoich praw, zresztą nie wiemy nawet, jakie prawa nam przysługują. W ojczyźnie też zresztą ich nie znaliśmy, ale byliśmy przekonani, że to co mamy - dziedzictwo przodków - to i tak dla nas aż nadto. Madame Wilczyca zdaje sobie sprawę ze swojej przewagi i każdego dnia coraz śmielej pokazuje zęby. Ze wszystkich nakazów, które wydała, najtrudniejszy jest ostatni: rzadziej przebywać w domu i na ile to możliwe częściej spędzać czas na zewnątrz. Dokąd mamy pójść? Większość moich przyjaciół to artyści, pisarze i malarze, najczęściej bez rodzin. Nie mają pieniędzy, dużych mieszkań, ani warunków do przyjmowania gości. Mieszkają w maleńkich pokoikach, wypełnionych po brzegi stertami książek, papierów lub farb, sztalug i pędzli. Ich mieszkania to nie miejsce dla dzieci. A ci, którzy posiadają rodziny, mają już serdecznie dość swoich własnych pociech i wcale nie życzą sobie obecności cudzych. Pozostaje nam tylko zaszycie się w parku. Naprzeciwko naszego domu znajduje się nędzny park, w którym spotykają się arabskie sprzątaczki i starsze panie z okolicy. Po zachodzie słońca schodzą się zamroczeni alkoholem żebracy i dzielą swoimi łupami. Brzydzę się tego parku, napełnia mnie smutkiem. Nie ma tam żadnych atrakcji dla moich dzieci, mogą tylko bawić się w piaskownicy albo wdrapywa na tę przeklętą zjeżdżalnię. Ogród Luksemburski jest przepiękny, ale znajduje się daleko od nas, a takie wyprawy przy tutejszej zmiennej pogodzie są ryzykowne. Czasem zaczyna padać, zanim zdążymy dotrzeć do celu. Nie przywykliśmy do parasoli ani czapek. W efekcie bezbronni i wystawieni na działanie deszczu, musimy godzinami czekać pod markizami sklepów i w końcu wracamy, przemoknięci i wymęczeni. Pech chce, że w niedziele zawsze pada. Jesteśmy wtedy zmuszeni zostawać w domu. Chronimy się na naszym małym balkonie, ale sprzeciw sąsiadki i stamtąd nas wygania.

Najszczęśliwsze godziny to te, kiedy dzieci już śpią, światła w mieszkaniu na dole są zgaszone, a na mnie czeka kilka listów od rozrzuconych po świecie przyjaciół i krewnych. Nie czytam ich od razu. Zostawiam na wieczór. Wieczór w pościeli, z filiżanką gorącej kawy i pokrzepiającym papierosem. Pierwszy list jest od Lejli. Lejla mieszka w Teheranie, wiedzie szczęśliwe życie i jest zadowolona. Jej dzieci chodzą do szkoły, mają ze dwa tysiące przyjaciół i znajomych, z którymi biegają razem po ogrodzie, uliczkach i okolicznych placach, i nie straszna im wojna ani bomby. Lejla pracuje zawodowo, nie ma wstrętu do hidżabu*, co wieczór wychodzi w gości albo przyjmuje u siebie dziesiątki przyjaciół. Drugi list jest od Dariusza A. Jest tak smutny i pełen goryczy, że zaczynam płakać. Dariusz jest bez pracy i bez pieniędzy. Jego syn uciekł, przyjaciele też powyjeżdżali z kraju. Przeraża mnie, że widzi przyszłość w tak bardzo czarnych barwach. Trzeci list jest od pana K. To szczegółowy i skondensowany wyciąg ze złych wieści: rozstrzelano jego bratanka, matka po raz drugi próbowała popełnić samobójstwo, drożyzna ciśnie i już niedługo wszyscy umrą z głodu. Afgańscy robotnicy co noc atakują domostwa, podrzynając gardła od ucha do ucha kobietom, dzieciom, starym i młodym. Rosjanie dogadali się z Amerykanami i podział Iranu już przypieczętowany. Synowie Maszada Akbara Baghebana zostali funkcjonariuszami komitetu* dzielnicy Mahmudije i dybią na jego majątek. Ostatni list jest od mojej matki. Ma kilkanaście stron i wygląda jak scenariusz chaotycznego filmu z nieskładną fabułą, przypominający produkcje hollywoodzkie lub bollywoodzkie. Przepełniony wydarzeniami i przygodami, pełen sprzeczności. Bohaterowie tego listu są jednocześnie głęboko szczęśliwi i równie głęboko nieszczęśliwi. List zawiera niekończące się opisy przyjęć, spacerów, rozrywek, miłego spędzania czasu; wszyscy razem jedzą, piją i modlą się za Islamską Republikę. Jedną stronę dalej ta sielanka przechodzi nagle w opowieść o brakach i niedostatkach; nie ma prądu, nie ma wody, nie można kupić mięsa, szerzy się cholera, brakuje lekarzy i lekarstw, nie jest bezpiecznie, brak policji i strażników, gnębią drożyzna i głód, spadły dwa metry śniegu, nie ma nafty, panuje mordercze zimno, ale najgorsza ze wszystkiego jest samotność i rozłąka z dziećmi. Na koniec listu złorzeczenia pod adresem zagranicy i Paryża; przecież w Iranie wszystko mamy, w swoim własnym mieście cieszymy się szacunkiem i nie musimy okazywać przesadnej wdzięczności cudzoziemcom. A w ogóle to wszyscy ci, co wyjechali, popełnili błąd... i znowu przyjęcia, potrawy, jedzenie i rozrywki, a na koniec swoim zwyczajem oświadcza, że planuje sprzedać dom i wszystko co ma, że znajdzie sobie jakieś dalekie, obce miejsce, gdzie przynajmniej kilka ostatnich dni życia spędzi w spokoju.

Jest już późno. Nie mogę zasnąć. Moja córka zaraziła się ospą wietrzną, jest rozpalona gorączką. Martwię się i nie bardzo wiem, do kogo zwrócić się o pomoc. Próbuję coś napisać, ale mój umysł odmawia współpracy. Biorę do ręki książkę, przerzucam kartki, czytam jedną stronę, ale widzę, że ani jedno słowo z przeczytanego tekstu nie utkwiło mi w głowie. Od dwóch dni pada bez przerwy. Żeby chociaż ktoś przyszedł mnie odwiedzić. W Teheranie, nawet zimą i w mroźne dni, świeci słońce. Lejla wspomniała w liście o porannych piątkowych spacerach. Wszyscy ruszają w góry i rozkoszują się śniadaniem w jakiejś knajpce przy szlaku. Dariusz A. wyśmiał ten zwyczaj i napisał, że nawet góry ogarnęła rozpacz i sypią ludziom na głowy z nieba czarny śnieg. Dzieci śpią. Obydwoje mają gorączkę. Denerwuję się. Gdyby tak ktoś mnie odwiedził. Wracam do kraju - obiecuję sobie. W rodzinnym mieście przynajmniej miałabym ciotki, wujów i matkę, na których pomoc można liczyć. Nie mieszkałabym pod kimś ani nad kimś. Nie obawiałabym się sąsiadów i mogłabym krzyczeć w swoim domu ile chcę. Mogłabym skakać, śmiać się, płakać, tańczyć. Jutro wracam! Dariusz A. jest jedyną osobą, która przekonuje mnie, bym została. Pyta: "Moja droga, gdzie jest ta wolność we własnym domu? Zabraniają ci oddychać, mówić, myśleć, ubierać się, jeść wbrew ustalonym zasadom i prawom. Nawet chodzenie do toalety musi się odbywać w określony sposób. Wybór partnera, miłość, śmierć, nawet tu nie ma wolności. Każda cząstka i chwila twojego życia zostały odgórnie ustalone". Co mam robić? Wracać czy zostać?

Ktoś puka do drzwi. Nasłuchuję. Zrywam się z miejsca. Kto to może być? Dzwonek jest zepsuty, przybysz wali w drzwi pięścią. Serce zaczyna mi mocniej bić. To musi być zła wiadomość, nie ma wątpliwości. Tysiąc myśli przebiega mi przez głowę: coś się stało mojej matce, zatrzymano mojego brata. Pewnie to policja. Może przyjaciel, który uciekł. Książka wypada mi z ręki. Zawadzam nogą o kabel lampki nocnej. W pośpiechu zarzucam na piżamę koszulę. Dzieci śpią. Kto to może być? "Idę" - pośpiesznie mówię po persku i francusku. Otwieram drzwi. Co takiego? To sąsiadka z dołu. Tego się nie spodziewałam, bo o tej porze zwykle śpi i nie ma żadnego powodu, by do nas pukała. Stoję zaskoczona, czuję jak blednie mi twarz. Serce bije mi bezwolnie, czuję się niezdarna i zaczynam mamrotać niewyraźnie, co tylko jeszcze bardziej mnie przytłacza. Widząc moje zmieszanie i niepewność, słysząc, jak się jąkam, Madame Wilczyca robi się jeszcze bardziej napastliwa. Podniesionym głosem mówi:

- Co tu się dzieje? Co wy wyprawiacie?

- Kto?

- Co to za jazgot i harmider?

- Jaki harmider?

Przyzwyczaiłam się przyznawać jej rację, więc od razu przychodzi mi do głowy, że pewnie dzieci się pobudziły i szaleją. Cofam się dwa kroki w stronę ich pokoju... staję... nasłuchuję. Kompletna cisza. To proste jak dwa razy dwa. Nie potrzeba tu znajomości języka francuskiego ani wiedzy na temat kultury Wschodu czy Zachodu. Wystarczy zwyczajna ludzka logika. Z naszego mieszkania nie wydobywa się żaden dźwięk, sąsiadce z dołu coś się przesłyszało. Tym razem tak łatwo się nie poddaję, bo to ja mam rację i ten fakt stawia mnie w pozycji uprzywilejowanej, dodając siły i odwagi. Podnoszę głowę, odzyskuję głos i pytam:

- Jaki hałas?

Madame Wilczyca jest zaskoczona moją reakcją, nie spodziewała się czegoś takiego. Pośpiesznie zagląda w głąb mieszkania.

- Jaki hałas? - pytam głośniej.

Mamrotanie Madam Wilczycy dodaje mi śmiałości. Zadawniony gniew, skumulowany gdzieś w jelitach, teraz nagle eksplodował i niczym gorączka rozchodzi się po całym ciele. Czuję żar. Oblewam się potem. Krzyczę. Sąsiadka zaskoczona wrzaskami stoi osłupiała. Staję się coraz bardziej zuchwała. Z wnętrza mojego brzucha dochodzi burczenie. Podchodzę krok do przodu. Tym razem patrzę Madame Wilczycy prosto w twarz i po raz pierwszy widzę ją taką, jaka jest naprawdę. Zawsze inaczej ją postrzegałam. Wydawało mi się, że jest staruchą i wiedźmą. A nawet, że ma rogi, brodę i skórę porośniętą futrem. Wydawało mi się, że przypomina Drakulę i ma kły dzika. Ale nic bardziej mylnego. To kobieta w moim wieku, podobnego wzrostu i figury. Ma krótkie kasztanowe włosy, tłuste i nie umyte, i w przeciwieństwie do innych Francuzek, nie ubiera się elegancko ani modnie. Po obu stronach jej ust biegną głębokie bruzdy, które nadają jej zgorzkniały wygląd. Jest zmęczona i wściekła. Do tego jest w ciąży. Niczym nie różni się od tych wszystkich kobiet, które bladym świtem idą do pracy, a wieczorem, zmordowane i zniechęcone, padają przed telewizorem.

Łamanym francuskim tłumaczę jej, że dzieci śpią i ja sama też już leżałam, kiedy nagle wpada mi do głowy pomysł, żeby powiedzieć jej to wszystko w moim własnym języku, albo po angielsku, w którym swobodnie się porozumiewam. Francuzi boją się angielskiego, z dziecinną dumą i zatwardziałym uporem nie chcą się go uczyć, ale ta niechęć jest tylko pozorna. W głębi serca uwielbiają Amerykę i Amerykanów. Język mi się rozwiązał, czuję się jakby mi wyrosły skrzydła. Teraz już nikt nie może mnie powstrzymać. Świergoczę jak słowik, unoszę się w oceanie słów. Słowa odzwierciedlają moje myśli. Już nie muszę wyrażać się zwięźle, upraszczać i skracać zdań. Chcę przemawiać! Upaja mnie moc wyrażania siebie. Władam tym językiem, mogę w nim przeklinać, co też zresztą robię. Nie mam pojęcia czy Madame Wilczyca rozumie, co do niej mówię czy też nie, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Brzmienie słów, błysk spojrzenia, agresywna gestykulacja, jasno wyrażają mój przekaz: "idź do diabła" i "jeśli jeszcze raz się tu pojawisz rozerwę cię na strzępy". Podłe babsko, gówno, fleja, nieszczęsna głupia krowa! Wrzeszczę, wymachuję rękami i kopię. Im bardziej rośnie moja wściekłość, tym mniejsza się staje Madame Wilczyca. Przypomina prowadzonego na rzeź baranka. Ja wręcz przeciwnie, urosłam, szczerzę kły Drakuli. Czuję, że rosną mi rogi i broda i upodabniam się do potwora. Jakże ogromną radość mi to sprawia! Jeśli nikt mnie nie powstrzyma, pochłonę biedaczkę. Cha! Cha! Wiruję i obracam się w miejscu. Cha! Cha! Cha! Atakuję. Sąsiadka wydaje stłumiony krzyk i ucieka w stronę windy. Nie odpuszczam. Bóg jeden wie, co ja jej tam nawygadywałam, ale jestem zachwycona tą demonstracją siły. Mam ochotę pójść do sąsiadów piętro wyżej, zapukać do ich drzwi i wykrzyczeć swoje pretensje. Zakazać im rozmów, poruszania się po mieszkaniu i podrapać im twarze.

Sąsiadka z dołu wskoczyła do windy, ledwo otwarły się drzwi i zniknęła. Naprawdę zniknęła na dobre. Minął dzień, kilka dni, miesiąc, kilka miesięcy, a po niej nadal ani śladu. Zupełnie jakby stopniała i wsiąkła w ziemię. Natknęłam się na nią dopiero jakiś czas później przy drzwiach wejściowych do budynku. Natychmiast odwróciłyśmy się do siebie tyłem i odeszłyśmy każda w swoją stronę. Zostało mi tylko wspomnienie jej wielkiego brzucha i zmęczonego spojrzenia. Wkrótce miała urodzić.

Pod nieobecność - jakże wspaniałą! - Madame Wilczycy życie wraca do normalnego kształtu. Chodzimy po domu w butach, rozmawiamy swobodnie i bez lęku. Przy słonecznej pogodzie przesiadujemy nawet na balkonie i nie boimy się śmiać. Dzieci stały się spokojniejsze i już nie prześladuje ich cień Drakuli. Wychodzimy z domu, kiedy nam się podoba i przebywanie na zewnątrz przestało być przymusem.

Nadchodzi lato. O świcie budzi mnie jednostajny płacz noworodka. Kiedy przysłuchuję się uważnie, dociera do mnie, że dochodzi z mieszkania piętro niżej i zaczynam się śmiać. Madame Wilczyca ma teraz pełne ręce roboty, cierpi z powodu nieprzespanych nocy i to ona musi się teraz pilnować.

Edouard Cortes, Theatre du VaudevilleMijają lata, a nam stale towarzyszy myśl o powrocie. Dzieci podrosły i już nie marudzą, kiedy trzeba iść do szkoły. Same do niej chodzą i same po lekcjach wracają do domu. Mniej się denerwują i dawno już zapomniały o strachu przed sąsiadką z dołu. Jest początek jesieni, niedziela jakich wiele, niebo zaciągnięte chmurami i zaczynają się ostre przymrozki. Dzieci są w domu. Wieczorem mamy gości, więc wyszłam zrobić zakupy u Araba, który otwiera swój drogi sklepik nawet w święta. Przechodzę koło parku żebraków. Mój wzrok pada na Madame Wilczycę, która siedzi na ławce wpatrzona w dal. Marznie, kuli ramiona, chowa się za postawionym kołnierzem kurtki. Na jej kolanach leży otwarta książka. W dłoni trzyma tlącego się papierosa, włosy ma jak zwykle przetłuszczone i nieuczesane. Prawą nogę wyciągnęła przed siebie, przekrzywiła łydkę, but zsunął jej się ze stopy. Dziecko zajęte jest zabawą w piaskownicy. Sąsiadka wygląda na tak zmęczoną i wyczerpaną, że aż robi mi się jej szkoda. Zastanawiam się, dlaczego siedzi na mrozie w tym beznadziejnym parku i wtedy przypomina mi się jej pismo. Nie ma wątpliwości. Sąsiedzi skarżyli się na nią i kazali jej bawić się z dzieckiem na zewnątrz. Domyślam się, że jakaś inna Madame Wilczyca ostrzy na niej zęby i ogarnia mnie żal. W tym komfortowym budynku z oknami wychodzącymi na kościół i park, żyje pewnie dziesięć takich baranków w skórze wilka, dybiących jeden na drugiego i zrzucających odpowiedzialność za własne nieszczęścia na innych. Zmęczone, zrozpaczone wilki, pielęgnujące swoje małe marzenia i złudne nadzieje w oczekiwaniu na lepsze dni i lepszą przyszłość. Zastanawiam się, czy w ogóle mogłoby być inaczej? Czy to możliwe? Czy zawsze trzeba być albo wilkiem albo barankiem, i prowadzić tę wieczną wojnę?

Kilka kropli deszczu spada mi na twarz. Przyspieszam kroku. Sąsiadka z dołu nadal siedzi na ławce, zagubiona i osłupiała. Pijany żebrak leży nieprzytomny pod drzewem, może nawet nie żyje? Nikt nie zwraca na niego uwagi. Spieszę się. Myśli pochłania mi przyjście gości i w pośpiechu, zastanawiając się nad zakupami i jedzeniem, zapominam o pytaniach, które przed chwilą sobie zadawałam.

tłum. Joanna Hrehoruk

Cyrus - Cyrus II Wielki - wybitny władca Iranu panujący w IV w. p.n.e.

Dariusz - Dariusz I Wielki - władca Iranu panujący na przełomie IV i III w. p.n.e.

Israfil - w islamie jeden z czterech Archaniołów, grą na trąbie oznajmi czas zmartwychwstania w dniu sądu ostatecznego.

Szemiran - obszar w prowincji Teheran, graniczący z północnym Teheranem, u podnóża gór Elburs.

Darband - dzielnica w północnej części Teheranu, popularne miejsce spacerów i wycieczek ze względu na bliskość gór i duże obszary zieleni.

ogórki pełne pestek - ogórki podawane są w Iranie razem z owocami jako przekąska.

hidżab - okrycie noszone przez tradycyjne muzułmanki, zakrywające ich ciało oraz włosy.

Komitety Obrony Rewolucji Islamskiej - pierwsze organizacje o charakterze policyjnym po zwycięstwie Rewolucji Islamskiej, z których po połączeniu z policją miejską i żandarmerią utworzono następnie jednostki policji.

źródło: Goli Taraghi, Chatereha-je parakande (Wspomnienia rozproszone), Teheran 2004.