Autobus do Szemiranu, cz. I

Autobus linii 70 ruszył zanim zdążyłyśmy go dogonić. Moja mała córeczka biegnie za nim jeszcze kilka kroków i przed zakrętem, zrezygnowana staje. Czekamy na następny. Zaczyna padać śnieg; powietrze jest przepełnione przejrzystymi drobinkami, a hałaśliwe za dnia miasto ogarnęła cisza. Wszędzie jest biało i spokojnie. Przechodnie niczym cienie z wyobraźni znikają we mgle, widać tylko zamazane zarysy okolicznych drzew i domów.

Mija osiem lat odkąd zamieszkałyśmy w Paryżu i po raz pierwszy widzę tutaj takie duże opady śniegu. W uszach dźwięczy mi głos babci: "anioły zajęły się sprzątaniem domu. Zbierają pyłki i kurz z chmur, odkurzają niebiańskie dywany". Rozmyślam o zimach w Teheranie, o wysokich, białych szczytach gór Elburs pod turkusowym niebem, o nagich drzewach w naszym ogrodzie, które zapadły w sen i marzą o powrocie wędrownych ptaków.

W czasach mego dzieciństwa, kiedy zaczynał sypać śnieg, opadom nie było końca. Sobota, niedziela, poniedziałek - liczyłam dni. Wtorek, środa, czwartek - śnieg ciągle padał. Dziesięć centymetrów, dwadzieścia, pół metra, aż do poziomu drzwi, które w końcu przymarzały i szkoły zamykano na tydzień. Co to była za radość, co za niewiarygodne szczęście! Jeden tydzień dłuższego zostawania w łóżku, tydzień zabawy na podwórku z tysiącem i jeden stryjecznych braci i ciotecznych sióstr, tydzień bez strachu przed zobaczeniem pani, pilnującej porządku i dyscypliny czy spotkaniem z surowym nauczycielem od liczenia, tydzień bez czytania nudnych książek, bez pisania ćwiczeń, tydzień bez uczenia się na pamięć długich i bezsensownych wierszy, czy ćwiczeń pisowni piórem i atramentem. Wolność od szkoły i lekcji. Siedem dni swobody i zabawy.

Jaka to była przyjemność, kiedy śnieg zasypał drogi, gdy mieliśmy gości i wszyscy, którzy u nas byli, zostawali na dwie, trzy noce. Najczęściej gościli u nas:

- babcia, chudziuteńka i dobrotliwa, modląca się dniami i nocami, prosząca Boga o szczęście, pieniądze, zdrowie i długie życie dla nas,

- Bibi Dżan, ciocia mamy, starsza i nie słysząca osoba, której rozum odmawiał już posłuszeństwa. Myliła mnie z moim bratem, brata z jednym z braci ciotecznych, brata ciotecznego znów brała za sąsiada, a sąsiada za mnie,

- ukochana ciocia Azar ze swoimi małymi, psotnymi dziećmi, które bawiły się na korytarzu w dżoftak czaharkosz*, wspinały się na drzewa, drzwi i ściany, wydając z siebie przy tym wrzaski niczym dzikie małpy, a potem schodziły na dół, ześlizgując się po poręczy schodów,

- drogi wuj Ahmad Chan, najmilszy dentysta świata, który nie miał nawet serca żeby wyrwać komuś ząb. Za każdym razem kiedy któreś z nas płakało, w oku kręciła mu się łza,

- starszy wuj, oficer artylerii wojska, który bał się koni i panikował na widok kul armatnich czy pistoletów. Zaraz na początku swojej kariery zamienił mundur oficerski na damski fartuch i został w domu. Smażył przepyszne konfitury i dziergał kolorowe, wełniane sweterki,

- i w końcu pani Tuba, leniwa i przy kości, znająca przedziwne historie i mająca do czynienia z dżinami i duchami. Znała się na czarach i pokazywała nam nie raz sztuczki kuglarskie.

Wszystkie te osoby zostawały u nas dopóki nie stopniał śnieg. Uwielbiałam pełne gości pokoje, rozłożone na dywanie posłania, stoły uginające się od ilości potraw: karafek napełnionych syropem, miseczek z owocami granatu, półmisków z szolezard*, pistacjami, suhanem*, giazem z Isfahanu* i pyszną baklawą, którą przyrządzała mama.

Jaka to była radość kiedy z zakamarków domu wyłaniały się tysiące oszałamiających zapachów, które mieszały się w przedpokoju; zapach tytoniu fajki wodnej babci, przyjemna woń leków ziołowych Bibi Dżan, aromat szafranu unoszący się z nad ciepłego ryżu, połączony z zapachem cynamonu, kminku, wody różanej, pieczonych cebulek i na wpół przypalonego na gorących węglach kebabu.

Tak bardzo lubiłam zasypiać przy dochodzących z sąsiedniego pokoju szeptach dorosłych i ich tłumionym śmiechu. Wsłuchiwałam się w nastrojowe dźwięki taru* młodszego wuja, w słodkie nucenie melodii przez ciocię Azar i szuranie kapci mamy na schodach. Ogarniał mnie sen. W środku nocy budziłam się. Widziałam, że dorośli jeszcze nie śpią, że ciągle palą się światła, a kuchnia wciąż pełna jest ruchu, gwaru i brzęku naczyń. Zasypiałam znów powoli, a sen mój był lżejszy od swawolnego latawca.

Dzisiejszego wieczoru jestem równie radosna i podekscytowana obserwowaniem płatków śniegu jak w dzieciństwie. Moja córeczka też jest ożywiona. Kręci się wokół siebie. Tańczy, lepi swoimi małymi rączkami kule śniegowe i rzuca nimi wokół. Stale wybiega na środek ulicy i niespokojnie czeka na autobus linii 70. Jej podekscytowanie przywołuje mi na myśl przyspieszone bicie mojego małego serduszka, kiedy każdego popołudnia po szkole, licząc minuty, wpatrywałam się złowrogo w głąb ulicy, w oczekiwaniu na przyjaciela, pana Aziza.

Brama Szemiranu, stary TeheranKieruję twarz ku górze. Otwieram usta tak żeby płatki śniegu siadały mi na języku. Jaki mają dobry smak i rozkoszny zapach. Tak, jakby tysiące płatków jaśminu rozsypywało się z niebiańskich ogrodów. Czuję jakby moje stopy oderwały się od ziemi i jakbym cała unosiła się w powietrzu. To tak jak gdybym była w szklanej bańce, a ukryty, niewidzialny duch cofnął mnie w czasie. Rozglądam się. Mam dziesięć lat. Czekam na skrzyżowaniu nieopodal szkoły na autobus do Szemiranu. Nasz nowy dom jest w tamtej części świata. Mieszkamy za wzgórzami na pustkowiu. W naszej okolicy nie ma żadnego innego domu. W niektóre noce słychać głos szakala. Mama bardzo się wtedy boi. Pan Hasan, kucharz, też się boi i rozkłada swoją pościel na korytarzu przy drzwiach do pokoju ojca. Lubię dom w środku stepu i nie boję się ani dużego zbiornika na wodę ani basenu pełnego żab ani czarnych cieni drzew, które są podobne do złych ludzi. Nie boję się, i w głębi ogrodu, za bukszpanami zbudowałam dla siebie ze starych prześcieradeł mały pokoik. Nikt nie może mnie tam znaleźć. Chowam jedzenie pod cegłami, a w obawie przed mamą, zakopuję w ziemi kartki z ćwiczeniami, za które dostałam dwóję. Topole są moimi towarzyszami zabaw. Każde z nich ma swoje imię. Najwyższe z nich to chłopcy. Kiedy tylko wracam ze szkoły, rzucam torbę i pędem biegnę do nich. Opowiadam im o wszystkim, co robiłam. Pokazuję moje malunki, czytam głośno podręczniki do perskiego. Niektóre drzewa są głupie i tylko ziewają. Niektóre są zazdrosne, złe i nie słuchają. Te, które są moimi przyjaciółmi całuję i przyklejam do ich liści przeżute gumy do żucia. Te, które mówią o mnie źle za moimi plecami biję, a ich gałęzie związuję sznurkiem.

Kiedy jeżdżę do szkoły Firuzkuhi autobusem, droga zajmuje nam więcej niż godzinę. Mój brat, który jest starszy ode mnie, ma pozwolenie na to, żeby samemu jeździć i wracać ze szkoły. Ale ja muszę chodzić za rękę z panem Hasanem i bez jego zgody nie mogę nawet zrobić kroku. Taki jest rozkaz mamy. Ale ja i tak robię to, na co mam ochotę, a jeśli pan Hasan piśnie mamie choć słówko, mogę się na nim zemścić. Wiem dobrze, że klucz do magazynu na górze, który "się" zgubił, jest w podszewce jego marynarki. Wiem też, że kiedy mamy nie ma w domu, kradnie garściami z worków soczewicę, ryż, fasolę i wszystko to gromadzi w pudle za ubikacją, na tyłach ogrodu i wywozi ze sobą, kiedy ma wolne. Dzięki temu nic do siebie nie mamy, nasze siły są wyrównane.

O czwartej, kiedy kończą się lekcje, Hasan przychodzi po mnie i na skrzyżowaniu czekamy na autobus do Szemiranu. Dziś pada śnieg. Płatki są wielkie jak spodki filiżanek. Wszędzie zrobiło się biało. Hasan stoi pod ścianą niczym rozmyty duch. Jego twarz przypomina kawałek przezroczystej chmury, takiej jakie obserwuję na niebie w nocy i wiem że to są ludzie sprzed tysięcy lat. Niektórzy z nich są brodaci, mają na głowach korony, są jeźdźcami i szybko oddalają się na swoich wierzchowcach. Jeśli się dobrze przypatrzeć, można dojrzeć na księżycu małe dziecko, które siedzi z podkulonymi nogami, głową opartą na kolanach i płacze. Ile razy nie próbowałabym pokazać go mojemu głupiemu bratu, nie widzi go. Mama boi się księżyca w pełni i powtarza mi żebym nie wpatrywała się w niego, ani w gwiazdy. Czasami z otchłani fiołkowego nieba wychodzi ogromny smok i rusza drogą mleczną, zatapiając się w niej. Kiedy mówię o tym panu Hasanowi krzyczy, naciąga kołdrę na głowę i zaczyna szeptać modły.

Autobusu do Szemiranu ciągle nie widać. Jest mi wesoło i bawię się, ślizgając na środku drogi. Kopię nogą w pnie drzew żeby spadł z nich na mnie obłok śniegu. Pan Hasan trzęsie się z zimna, trzymając pod pachą moją torbę i pojemniki po jedzeniu. Z jego ust wydobywa się para. Na nogach ma stare buty ojca. Są na niego o kilka numerów za duże. Za kostką, w bucie ma dużo wolnej przestrzeni i właśnie w to puste miejsce wsypuje się padający śnieg. Jego dłonie też są małe, więc założył rękawiczki mamy, nie do pary, jedna jest skórzana, a druga czarna, koronkowa. Ojciec każdego świątecznego wieczora zarządza żeby kupić dla wszystkich nowe marynarki, koszule, buty, skarpety i bieliznę. Pan Hasan nie zakłada swoich nowych ubrań. Pakuje i układa je w walizce żeby z końcem lata, kiedy pojedzie na wieś, zabrać je ze sobą. Albo sprzeda je wcześniej, a pieniądze ukryje w swoim pokoju w rurze od piecyka. Jestem jedyną osobą, która wie gdzie są jego pieniądze, ale nie tknę ich. Przyrzekam.

cz. II

Z daleka dochodzi odgłos silnika autobusu. Pan Hasan zrywa się z miejsca, a ja z radością i niepokojem patrzę na białą szoferkę autobusu, która zbliża się chybocząc. W myślach mówię do siebie:

- Jeśli zamiga światłami wsiądę, a jeśli nie, czekam na następny. - Nawet jeśli pan Hasan będzie marzł, a mama zwariuje z niepokoju, nawet jeśli ja sama będę już umierać z głodu i zmęczenia. To jest sekret, którego nikt nie zna. Nikt. To tajemnica moja i pana Aziza. Nawet pan Hasan nie ma o niej pojęcia i nie rozumie czemu w niektóre dni nie wsiadam do autobusu (autobus, którego światła nie migają nie należy do pana Aziza) tylko uciekam z wrzaskiem. Kilka dni temu zagroził, że powie o wszystkim mamie, ale ja przypomniałam mu wtedy o kluczu do magazynu, który znajduje się w podszewce jego marynarki. Dzięki temu dał mi spokój i już nic nie mówi. Autobus, którego światła migają z daleka trzykrotnie to autobus pana Aziza. Każdego wieczora kiedy pora już spać, zamiast modlitwy, której nauczyła mnie mama powtarzam trzy razy zdanie:

- Nie wsiądę do żadnego autobusu z wyjątkiem autobusu pana Aziza. - To przysięga jaką sobie złożyliśmy na wieki. Oczywiście bez słów, bo nie mam odwagi rozmawiać z moim potężnym przyjacielem, który wzrostem przewyższa nawet tatę, a jego straszliwa twarz budzi respekt u policjantów.

Światła autobusu nadjeżdżającego z oddali zapalają się i gasną, a moje serduszko podskakuje jak bączek do zabawy. Autobus wreszcie staje. Wsiadamy. Hasan idzie na przód pojazdu. Pan Aziz patrzy na mnie i odpowiada na pozdrowienie swoimi spuchniętymi, czerwonymi oczami. Jego włosy są kręcone i przetłuszczone. Pan Hasan mówi, że zrobił sobie trwałą na sześć miesięcy. Ma ciemne brwi i szerokie wąsy, zakrywające całkiem usta. Zajmuję miejsce tuż za nim. Hasan natomiast idzie na koniec autobusu gdzie jest cieplej. Od razu zapada w sen. Pasażerów jest niewielu i wszyscy przysypiają. Podróż ze szkoły do domu to prawdziwa wyprawa, zwłaszcza zimą, kiedy spadnie śnieg. Samochody, które nie mają łańcuchów ślizgają się stale na środku drogi i robi się korek.

Są dni kiedy pan Aziz jest zmęczony. Ziewa przeciągle, a zapach jaki roznosi się wtedy z jego ust jest silniejszy niż woń jodyny, którą mama smaruje mi skaleczenia na kolanach. Kręci mi się od tego w głowie, zaczyna bulgotać w brzuchu. Przyjaciel patrzy na mnie w lusterku i robi do mnie miny: wydyma wargi, kręci nosem, robi zeza. Zasłaniam usta rękami żeby inni podróżni nie słyszeli mojego chichotu. Pękam ze śmiechu. Mój przyjaciel przypomina dewa*, którego boją się małe dzieci. Na rękach i piersi ma tatuaże, a na szyi szeroką, fioletowawą szramę, która zaczyna się tuż przy uchu. Wygląda to tak, jakby ktoś próbował podciąć mu gardło.

Mama nigdy nie jeździ autobusami. Ma swój samochód i kierowcę. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że na świecie istnieją takie dewy jak pan Aziz, dlatego też bardzo się o mnie niepokoi. Wcale jej się nie podoba, że jeżdżę do szkoły autobusem, ale tak zarządził ojciec i tak musi być.

Pan Hasan śpi przykucnięty na końcu autobusu. Pasażerowie lodowacieją od mroźnego powietrza, które wpada przez stłuczoną szybę do środka. Pan Aziz zdejmuje marynarkę i kładzie mi ją na kolanach. Unosi się z niej okropny zapach. Mam nadzieję, że wszyscy pasażerowie dostrzegli ten gest i teraz patrzą na mnie, więc dumnie gładzę przetłuszczony kołnierzyk marynarki. Moje palce przesiąkają dziwnym zapachem, takim jakiego nie ma ani u nas w domu, ani u cioć czy wujków. Nie przypomina też zapachu psa ani kota, krowy czy barana. To jest zapach, który przenika przez szparkę z nieznanego świata. Zapach wszystkich złych rzeczy, których nie powinno się robić i tego wszystkiego o czym nie powinno się nawet wiedzieć. Zapach matki różni się od wszystkich innych zapachów. Jest to mieszanka woni zagranicznych perfum i pudru, gwiazd kina, sławnych osobistości z magazynów mody, ulicy Lalezar i sali tanecznej kawiarni urzędu miasta. Mama pachnie przyszłością, dniem jutrzejszym i tym wszystkim co dobre i co na mnie czeka.

Z tą marynarką na kolanach staję się kimś innym; kimś kto nie musi być czysty ani schludny, grzeczny i dobrze wychowany, wykształcony i najlepszy w klasie. Przestaję być kimś, komu układają na głowie napuszone fryzury, kto musi się kłaniać i mówić dzień dobry każdemu, a na wszystkich spotkaniach deklamować obcym z pamięci wierszyki, których się uczyło w szkole, ale których się dobrze nie pamięta. Przeistaczam się w kogoś, kto nie musi już więcej prezentować zniecierpliwionym i rozgadanym krewnym pierwszych ćwiczeń gry na pianinie, które ograniczają się do powtarzania w kółko "do, re mi, fa, sol, la, si", ani brać udział w konkursach na najpiękniejsze dziecko, a tym bardziej w nich wygrywać. Z marynarką pana Aziza na kolanach robię się podobna do niego samego. Wydaje mi się, że całe moje ciało też jest w tatuażach, a połowa moich zębów jest złota. W myślach widzę siebie, samotnie włóczącą się po zaułkach, chichoczącą jak córki praczki Fateme. Potem wsiadam na motor najprzystojniejszego chłopca w okolicy i razem jedziemy oglądać Tarzana.

Kiedy dojeżdżamy do przystanku Wodospad pan Aziz zatrzymuje autobus. Większość pasażerów wysiada, żeby napić się herbaty w przydrożnej herbaciarni. Ja ani pan Hasan nie ruszamy się ze swoich miejsc. Pan Aziz przed wyjściem z autobusu wyjmuje ze schowka deski rozdzielczej małą paczuszkę i kładzie mi na kolanach. Zerka na mnie w lusterku i puszcza mi oczka. Jego promieniująca dobrocią twarz, pełna łagodnych rysów przypomina twarz szmacianej lalki. Mój przyjaciel jest najpoczciwszym dewem na świecie. Z jego kończyn, z zapachu jego ust, z zaczerwienionych oczu i z jego starej i zatłuszczonej marynarki wydobywa się coś przypominającego niewidzialną mgłę, która mnie otacza. W tej magicznej mgiełce niczym płatek śniegu, topnieję i czuję się taka szczęśliwa, że chciałabym żeby ta chwila trwała nawet tysiąc lat. Marzę o tym żebym mogła trwać w tym stanie niczym kamienna rzeźba, nie zmieniając się ani nie dorastając.

Dziś pan Aziz kupił dla mnie suszone śliwki. Pan Hasan nawołuje mnie z końca autobusu i dopytuje się co robię. Nie odpowiadam mu, tylko szybciutko przeliczam śliwki. Pasażerowie piją na stojąco herbatę. Pan Aziz wypija duszkiem kilka łyków ze swojej butelki z arakiem. Potem idzie za drzewo. Odwracam wzrok, spuszczam głowę i przeżuwam szybko moje śliwki, ale i tak widzę go oczami wyobraźni, a uszy czerwienieją mi ze wstydu.

Szemiran, TeheranRuszamy w drogę, ale aż do placu Wanak przemieszczamy się powoli jak mrówki. Czasem wpadamy w poślizg. Inne samochody też to spotyka. Zatrzymują się wtedy na samym środku jezdni tuż przed nami. Zrobiło się ciemno, ale cały świat jest biały. Pan Hasan boi się i nie przestaje nawoływać mnie z końca autobusu. Wiem, że lada moment zaczną mu kapać łzy. Chlipie w rękaw codziennie dwa, trzy razy bez powodu. Mama jest przekonana, że płacz Hasana jest jak gdakanie kur i nie ma żadnego szczególnego powodu. Ojciec za to mówi, że Hasan jest całkowitym głupkiem, co bardzo Hasana śmieszy. Najwidoczniej podoba mu się taka rola. Uradowany zbiera naczynia, patrząc na ojca jak z lubością przeżuwa kawałki kebabu. Widać, że jest zadowolony z kuchni Hasana.

Szyba okienna tuż obok mnie jest stłuczona i zimny wiatr mrozi cały czas jedną stronę mojej twarzy. Szyję mam zesztywniałą, a plecy skostniałe z zimna. Pan Aziz patrząc z niepokojem w lusterko, czuwa nade mną. Zatrzymuje autobus. Wciska w dziurę okna trochę starych gazet i szmat i wraca za kierownicę. Rozumiemy się bez słów. Wiem, że troszczy się o mnie i wolałby żebym zmieniła miejsce. Jego wzrok mówi do mnie:

- Wstań uparta dziewczynko, bo się przeziębisz, idź na koniec autobusu, tam jest cieplej. Boję się, że się rozchorujesz.

Spojrzeniem odpowiadam mu:

- Nie, nigdzie stąd nie pójdę. To jest miejsce przeznaczone dla mnie i się z niego nie ruszę. Lubię troskę pana Aziza. Jego matczyna dobroć jest dla mnie znakiem głębokiej przyjaźni. Zamykam oczy i ruszam w wyobraźni w podróż do epoki wielkich królów. Do czasów kiedy wierni bohaterowie, chcąc okazać swe oddanie i poświęcenie wobec władców, chodzili boso po rozżarzonych do czerwoności węglach i walczyli z siedmiogłowymi smokami.

Autobus utknął na dobre w korku. Mróz ogarnął wszystko. Prawa strona mojego ciała zesztywniała. Ze zdrętwienia szczypią mnie koniuszki palców, nie czuję nóg. Głowę mam ciężką jak kamień. Jakby ją ktoś nadmuchał; raz robi się mała, to znów powiększa się. Przymarzam. Spod półprzymkniętych powiek widzę cienie wirujące na zewnątrz w śniegu. Zaczyna kapać mi z nosa, oczy mnie pieką. Robi mi się bardzo gorąco, jakby wewnątrz ciała palił mi się ogień. A potem nagle zaczynam mieć dreszcze i szczękam zębami. Nie mogę powstrzymać cieknących łez. Pan Aziz szorstkim palcem ociera mi łzy z policzka i śmieje się z zamkniętymi ustami. Uczniowie, którzy go znają mówią, że ma wszystkie zęby złote. Nie wierzę im. Pytam się mamy. Ona też nie wie, nie zna przecież pana Aziza. Ale nie podoba jej się moje pytanie i zdenerwowana grozi mi, że jeśli będę przyglądać się kierowcom autobusów albo będę z nimi rozmawiać, obedrze mnie ze skóry. Według mamy tylko chuligani i źli ludzie miewają złote zęby. Wszyscy oni są też jednocześnie złodziejami i mordercami, przynoszącymi małym dziewczynkom same kłopoty i nieszczęścia. Nie wierzę w to wszystko i przykro mi bardzo kiedy widzę, że mama też czasem staje się złym człowiekiem i kłamie. Mówi na przykład, że ciocia Azar jest gruba i brzydka. Martwię się, że jest tyle rzeczy, o których mama nie wie. Nie zna na przykład nazw stolic większości państw i nie ma pojęcia o podstawowych zasadach rachunku. Mimo to, moim zdaniem, jest najlepszą i najpiękniejszą matką na świecie. Wieczorami, zanim zasnę udaję przed nią, że boli mnie brzuch żeby usiadła przy mnie na chwilę. Mam ochotę przyznać się jej wtedy ile złych myśli na jej temat krąży mi w głowie. Ale mama jest zbyt zajęta. Spieszy się i nie słucha moich słów. Gdyby tylko wiedziała ile razy zza drzwi podsłuchiwałam jej rozmowy z ojcem surowo by mnie ukarała.

Pan Aziz jest wściekły z powodu śniegu i korków na drodze. Jakby się nie starał żeby podjechać kilka metrów do przodu, nie da się. To tak jakbyśmy zgubili drogę na tej białej pustyni. Z daleka dociera do mnie jęczący głos pana Hasana. Strach spowodował u niego głośną czkawkę. Ja też dziwnie się czuję. Chyba zaczynam się robić chora. Śliwki wypchały mi żołądek tak, że mam ochotę zwymiotować. Przyciskam do siebie obiema rękami marynarkę pana Aziza, kręci mi się w głowie. Chcę wstać, ale nogi mam jak z waty. Otwieram usta, ale nie mogę wydobyć z siebie głosu. Wszędzie pełno jest śniegu, w całym autobusie, w całym mieście, a ja zdrętwiałam całkiem z zimna pod tym białym sklepieniem. Mam wrażenie, że już całe lata trwam w tym stanie zziębnięcia. Tylko moje oczy świecą się jak dwa ogniska, łzy nieustannie spływają mi z oczu, a usta wyschnięte i gorzkie, szukają wody. Woda, woda, woda...

Zimna, pachnąca kremem i pudrem dłoń, głaszcze moje czoło. Ktoś szepcze mi do ucha modlitwę i dmucha w twarz. Moje łóżko otoczyły znajome twarze. Duże i słodkie oczy cioci Azar błyszczą w świetle lampy. Roznosi się woń leków ziołowych Bibi Dżan. Rozpoznaję miękkość koca i czystej pościeli. Wiem, że leżę w swoim łóżku, a matka siedzi na brzegu tuż obok mnie. Serce mam przepełnione spokojem. Ogarnia mnie senność. Śni mi się, że siedzę na ramionach pana Aziza, który unosi się nad chmurami jak latający dywan, pokazując mi nieznane i odległe miasta. Mam wielka ochotę zobaczyć wreszcie jego złote zęby. Chciałabym żeby otworzył usta, ale niestety są zamknięte jak skrzynia pełna skarbów. Ciężko choruję. Doktor Kousari przychodzi do mnie co tydzień w czwartki. Rzęzi mi w piersi, wieczorami mam wysoką temperaturę. Doktor z każdą wizytą zmienia mi leki, a mój stan stale się pogarsza. Schudłam, skóra mi pożółkła, wyglądam jakbym umierała, wypadają mi włosy. Wzywają do mnie innego lekarza, który sam kaszle gorzej ode mnie, a leków, które mi przepisał nie można nigdzie dostać.

Dni i tygodnie mkną jak wiatr. Zapomniałam już o lekcjach i szkole. Całymi dniami śpię i kaszlę nawet przez sen. Babcia przesiaduje przy moim łóżku, szepcząc modły i zaklęcia. Kiedy się budzę opowiada mi bajki i karmi mnie powoli łyżką. Co dzień przyglądam się przez okno hebanowcowi, którego gałęzie są ciągle nagie i liczę dni do nadejścia wiosny. Co dzień o godzinie czwartej po południu, widzę autobus do Szemiranu, który mija skrzyżowanie koło szkoły, a pan Aziz samotny i smutny, odjeżdża, spoglądając na moje puste miejsce. A może też zapomniał o mnie całkiem, a smakołyki, które miał dla mnie w schowku daje innej dziewczynce. Przykro mi z zazdrości. Wzmaga mi się przez to kaszel. Mama jest bardzo przejęta i wzywa doktora Kousari. Słyszę głos ojca, wydającego polecenie, żeby mnie przygotowano do wyjazdu za granicę. To znaczy, że w tym roku opuszczę szkołę. Płaczę, a ciocia Azar powtarza, że nie ma nic cenniejszego niż zdrowie. Żeby tak lato szybciej nadeszło i przyniosło ze sobą drzewa wiśniowe i owoce.

Latem nasz dom robi się bardziej zatłoczony niż zwykle. Nasza rodzina to bardzo duży klan, stąd też mam dziesiątki ciotek, stryjenek, wujów, z tuzin braci ciotecznych i sióstr stryjecznych. Ojciec jest przywódcą tego plemienia i wszyscy czują przed nim respekt. W piątki cała rodzina jada u nas obiad, a matka zatrzymuje ponad połowę gości na noc. Śpimy wszyscy razem na werandzie w ogrodzie: dzieci, w rzędzie obok siebie, a dorośli trochę dalej, pod topolami, na drewnianych tachtach* pod moskitierami. Ojciec śpi sam jeden w altance, wokół której płyną dwa strumyczki, a szum ich wody słychać aż do świtu. Z nami dziećmi śpi babcia, żeby nas pilnować i czuwać nad nami. Stawia każdemu nad posłaniem szklankę wody z lodem, a pod poduszkę wkłada wiązkę jaśminu. Liczy dzieci i woła każde po kolei po imieniu, żeby sprawdzić czy jesteśmy na swoich miejscach.

Lubię ożywioną ciszę nocy. Słucham bicia serduszek dojrzałych owoców, lekkich oddechów rozwijających się pączków. Przed zaśnięciem liczę gwiazdy i przyglądam się chmurom o ludzkich kształtach. Jedna z nich przypomina pana Aziza. Woła mnie z góry i stroi miny. Bracia cioteczni szepczą między sobą zamiast spać, a babcia sięga do nich ze swojego miejsca i bije ich po nogach rózgą. Młodszy wuj pomrukuje, drażniąc bezpańskie psy i prowokując je do ujadania. Bibi Dżan mówi przez sen, a pani Tuba charczy do samego rana. Co chwila wokół któregoś z dzieci unosi się niemiły zapach, co bardzo denerwuje babcię. Co i rusz zrywa się z miejsca żeby wybadać czyja to sprawka. Wszyscy natychmiast udają, że śpią i wstrzymują oddechy żeby nie było ich słychać. Sen spływa na powieki, mieszając się z bzyczeniem komarów i migotaniem gwiazd. Czasami w nocy pada deszcz. Babcia ma wtedy pod ręką dużą i szeroką nylonową płachtę, którą przykrywa nas w razie gdyby padało. Ja i bracia cioteczni tłoczymy się obok siebie pod tym grubym przykryciem i jak mrówki pod ziemią wsłuchujemy się w bębnienie deszczu nad naszymi głowami.

Od czasu kiedy się rozchorowałam jestem zmuszona zostać w pokoju, który stał się dla mnie więzieniem. Wszystkiego się boję. Strach czai się wszędzie niczym niewidzialny człowiek. Czasem otwiera drzwi do pokoju i nawiedza mnie popołudniami, kiedy dorośli ucinają sobie drzemkę. Czasem ukrywa się za szybą okna albo chowa się pod spódnicą mamy. Dziś rano był w lustrze. Jakby chciał ze mnie zadrwić. Przez ten strach wzmaga mi się kaszel. Matka nie ma już zaufania do doktora Kousari i wyrzuca jego lekarstwa. Wujek, który też jest lekarzem nocuje u nas. Umówili się z mamą, że będą na zmianę przy mnie czuwać; jedną noc on będzie robił mi zastrzyk, a jedną mama. Ojciec jest przekonany, że zagraniczni lekarze są tak genialni, że już pierwsza recepta jaką przepiszą stawia na nogi każdego, choćby po najcięższej chorobie. Ciocia Azar patrzy na mnie smutnym wzrokiem i tak całuje moją głowę i twarz jakby już miała mnie więcej nie zobaczyć.

Pan Hasan ma starą pocztówkę ze zdjęciem otyłej, złotowłosej kobiety w stroju z aksamitu i koronek. Opowiada, że to królowa Paryża, zła kobieta, która nie wierzy w Koran ani w proroka Mohammada*. Pan Hasan martwi się o mnie i o mamę, dlatego prosi babkę żeby modliła się dniami i nocami o uwolnienie nas z sił tej bezbożnej królowej. Mama z radością przygotowuje nas do podróży. A ja wiem, że strach jest też w Paryżu. Gdzie się nie ruszymy będzie nam towarzyszył. Babcia modli się nieustannie i co chwila chucha mi w twarz. Pani Tuba co wieczór o zmierzchu podaje mi do wypicia rosół z wątróbki. Szyję i nogi obwieszone mam tysiącem świstków z przeróżnymi rodzajami modlitw, pod poduszką też pełno jest karteczek złożonych na cztery.

Ciągle jeszcze każdego popołudnia, kiedy wybije czwarta, myślę o wyjściu ze szkoły, o nadjeżdżającym z oddali autobusie, który stając się dla mnie jak zapomniany sen, ginie w białym pyle zanim do mnie dotrze. Ciągle jeszcze przed snem powtarzam w sercu słowa:

- Nie wsiądę do żadnego autobusu z wyjątkiem autobusu pana Aziza.

To obietnica, którą sobie daliśmy i ja dotrzymam jej do końca świata. Przyrzekam. Wypowiadając słowa przysięgi przymykam oczy. Wstrzymuję oddech, a serce bije mi mocno jak bębenek. Jestem pewna, że pan Aziz usłyszy bicie mojego serca i odpowie mi.

Za trzy dni wyjeżdżamy do Francji. Babcia siedzi koło okna, nawleka na nitkę płatki jaśminu i robi z nich dla mnie naszyjnik i bransoletki. Wszyscy są bardzo przygnębieni, nawet pani Tuba, chodząca zawsze zalotnie, kołysząc biodrami i pstrykając palcami, nie jest taka jak wcześniej. Jej oczy są pełne łez, rąbkiem rękawa wyciera nos. Ktoś puka do drzwi. Mówię do siebie w myślach, że pewnie to nowy lekarz albo któraś ze stryjenek. Tysiące różnych ludzi przychodzi do nas z wizytą i codziennie ktoś ze sto razy puka do drzwi.

Pan Hasan wchodzi do pokoju i zatrzymuje się koło drzwi. Jest zmieszany i ze zdziwieniem spogląda na matkę. Chce coś powiedzieć, ale nie ma odwagi. Jak zwykle ze strachu zaczyna mu się czkawka. Pokazuje bezgłośnie na coś lub kogoś na zewnątrz pokoju. Mama jest strapiona i zmęczona. Wstaje i wychodzi za Hasanem na korytarz. Dochodzi do mnie jej głos:

- Kto to? - pyta.

Nie wiem co odpowiedział Hasan. Słychać jedynie głos matki, coraz głośniejszy i głośniejszy, jak alarm ostrzegawczy. Wprawia wszystkich w zdenerwowanie. Babcia podnosi się i zamyka okno, a następnie naciąga na mnie koc, tak że sięga mi aż do podbródka. Ponownie dociera do mnie pytanie matki:

- Kierowca autobusu? - dziwi się.

Serce wyrywa mi się z piersi. Na wpół wstaję i zastygam. Odpowiedź Hasana brzmi jak beczenie barana, któremu mają uciąć łeb. Wiruje mi w głowie krzyk matki:

- Kto? Co? Jaki autobus?!

Kochany pan Hasan jest na wpół żywy. Zaczyna się jąkać. Matka krzyczy. Usiłuje zrozumieć jak jakiś kierowca włóczęga śmiał przyjść pytać o zdrowie jej córki. Wysyła Hasana z informacją, że jeśli kiedykolwiek jeszcze raz się tu pojawi to każe połamać mu kości.

Zrzucam koc na bok. Wyskakuję z łóżka i na bosaka, w cienkiej koszulce nocnej pędzę na korytarz. Pani Tuba usiłuje mnie zatrzymać. Odpycham ją i gryzę w rękę. Matka zaskoczona moim dziwnym zachowaniem każe mi jak najszybciej wrócić na swoje miejsce. Biegnę, nie zwracając uwagi na jakiekolwiek groźby. Wpadam do gabinetu ojca, który znajduje się na końcu korytarza. Zamykam drzwi na klucz. Okno wychodzi wprost na uliczkę. Odsuwam zasłonę. Staję na krześle i widzę jak pan Aziz stoi na środku uliczki jak biedne, zawstydzone i zagubione dziecko. W ręku trzyma małą paczuszkę. Uczesał swoje rozczochrane włosy, guziki koszuli zapiął aż pod szyję. Nie chce żeby jego tatuaż był widoczny. Otwieram okno. Wołam go. Rozgląda się dookoła i chce ruszyć w drogę. Krzyczę głośniej i macham do niego ręką. Odwraca się. Podnosi wreszcie głowę i jego wzrok pada na mnie. Jego twarz znów nabiera tego dawnego dobrotliwego wyrazu. Łzy kapią mi ciurkiem, a słowa, które wypowiadam są niezrozumiałe nawet dla mnie samej. Pan Aziz pozdrawia mnie skinieniem głowy z miejsca, w którym stoi. Tylko Bóg wie jak bardzo się ucieszył. Śmieje się, a z jego śmiechem dzieje się coś dziwnego. Otwarte usta przypominają ciemną pieczarę, na końcu, której błyszczy się i świeci jak lampa Alladyna jeden złoty ząb. Wiem, że dzięki tej czarodziejskiej lampie można mieć co się chce. Zamykam więc oczy i myślę życzenie żebym znów była zdrowa, żeby minął mi kaszel, a strach opuścił mnie na dobre.

Po dotarciu do Paryża wynajęliśmy pokój w hotelu Wagram, a trzy dni później mam już pierwszą wizytę u francuskiego lekarza, który wypisuje mi szczegółową receptę. Moje samopoczucie już od jakiegoś czasu jest lepsze, mniej kaszlę. Nikt nie zna sekretu czarodziejskiej złotej lampy i jej czarów. Mama przypisuje poprawę mojego zdrowia geniuszowi francuskiego lekarza, ale ja sama dobrze wiem kto i co mnie uzdrowiło. Co noc w ciemnościach pokoju pod kołdrą wyciągam rękę w stronę wyimaginowanej lampy Alladyna i powtarzam moje wieczne przyrzeczenie.

Nasz pobyt w Paryżu przeciągnął się do sześciu miesięcy. Po powrocie do Teheranu zmieniono mi szkołę. Nowa szkoła jest oddalona od domu o kilka kroków. Chodzę do niej i wracam na piechotę. Serce mi się kraje za każdym razem kiedy przechodzę przez ulicę, szukając wzrokiem autobusu do Szemiranu.

Lata szybko mijają i staję się według siebie samej dorosłą panną. Stare autobusy zastąpione zostają nowymi, wynajmowanymi z młodymi kierowcami, ale ja mimo upływu czasu jestem wierna mojemu wielkiemu przyjacielowi i dawnej przysiędze. Za każdym razem kiedy ogarnia mnie smutek i pogubię się w tym co robię, przypomina mi się nagle okres dzieciństwa. We wspomnieniach widzę niezwykły uśmiech mojego przyjaciela, a blask złotego zęba jak planeta Wenus rozświetla ciemności mojej nocy.

Autobus linii 70 wyłania się zza zakrętu i zbliża się powoli. Dziecięcy głos mówi wewnątrz mnie:

- Nie wsiądę do żadnego autobusu z wyjątkiem autobusu pana Aziza.

Córeczka idzie przede mną. Macha ręką do kierowcy autobusu, a jej figlarne spojrzenie kryje w sobie nieznane mi myśli. Być może i ona ma tajemnicę, której nie chce mi zdradzić, tak jak ja nie mówiłam nic nikomu, ani matce ani panu Hasanowi, ani nawet topolom.

tłum. Joanna Hrehoruk

dżoftak czaharkosz - rodzaj gry dziecięcej.

szolezard - tradycyjny deser irański, przygotowywany z ryżu z szafranem, płatkami pistacji i migdałów.

suhan - rodzaj słodyczy irańskich, przypominających toffi, przyrządzanych z kiełków pszenicy, mąki, tłuszczu, cukru z szafranem i wodą różaną.

giaz z Isfahanu - rodzaj nugatu na bazie białek jaj i wody różanej z pistacjami. Specjalność miasta Isfahan.

tar - tradycyjny irański szarpany instrument strunowy.

dew - w mitologii irańskiej zły duch, demon.

tachta - drewniany podest, wysłany dywanami i poduszkami, służacy do siedzenia, spania, spożywania posiłków.

Mohammad - prorok islamu, założyciel tej religii, po polsku nazywany Mahometem.

źródło: Goli Taraghi, Chatereha-je parakande (Wspomnienia rozproszone), Teheran 2004.