Anar Banu i jej synowie

Lotnisko Mehrabad - lot 726 - Air France.

Druga w nocy oznacza całkowity brak snu, zagubienie, zmęczenie i pośpiech z towarzyszącym mu bliżej nieokreślonym niepokojem i wyczekiwaniem, oraz myśl, że oto wyjadę i pozostanę tam na zawsze (niedorzeczność!); albo wręcz odwrotnie - zostanę tutaj, w pełnym wad i zalet ukochanym Teheranie, i nigdzie się nie ruszę (jeszcze większa niedorzeczność!); i niech szlag trafi to zagubienie i bezradność, te wieczne wyjazdy i powroty (wieczne jak na moje życie) i ten lot o północy, taszczenie walizek i odprawę celną - most Sirat* - upokarzającą rewizję ciała, butów, kieszeni i dziurek od nosa i ucha.

Pożegnanie. Bez słów i spojrzeń, chłodne i pośpieszne, z ukrywanym żalem i gniewem niemającym przyczyny, którego nie należy ujawniać, i goryczą, którą trzeba przełknąć i odejść bez słowa.

Odprawa dla kobiet. Mój wygląd jest nie do przyjęcia: chustka zsunęła mi się z głowy, a ostatni guzik manta* jest rozpięty. Wspaniale. Macie rację. Doprowadzam się do porządku. Bagażowy, który przyniósł mi walizkę i podręczną torbę, niecierpliwi się, domagając się zapłaty, którą ustaliliśmy wcześniej, i rozgląda za nowym podróżnym. Mówię mu:

- Powinieneś zostać ze mną aż do odprawy!

Nalega. Chce sobie już iść. Kładzie moje walizki na ruchomą taśmę i wskazuje na kolejnego podróżnego. Myślę sobie:

- Nie denerwuj się, kochana. Odpuść. Tak już jest, zapłać mu, niech sobie idzie.

Szyba oddziela przylatujących i odlatujących. Jedni i drudzy są trochę przygnębieni i zasmuceni. Niewypowiedziane słowa i wymowne spojrzenia przechodzą przez szklaną ścianę i niczym pył przysiadają na ich twarzach.

Przeszukują moją walizkę. Znaleźli coś, co wzbudza ich strach i podejrzenia. Nie mam pojęcia, co to może być.

Grożący palec wskazuje na wnętrze mojej walizki.

- Narzędzie zbrodni!

- Jakie narzędzie zbrodni? U mnie w walizce?

Inspektor rozmawia z jakimś funkcjonariuszem. Pochyleni, wpatrują się w niewyraźny obraz na aparacie kontrolującym bagaże.

Odprowadzający podróżnych zerkają zza szyby. Ludzie stojący wokół mnie szepcą do siebie, a w ich oczach czai się niewyraźne pytanie. W jednej chwili stałam się kimś innym, jestem teraz niebezpieczna i zasługuję na potępienie. Wyrok został wydany.

Terrorystka?

Być może. Wszystko jest możliwe.

Owym narzędziem zbrodni okazuje się być topór złotego koloru, który kupiłam synkowi w nieznanym nikomu sklepiku z drobiazgami w Isfahanie. Nie jest wart złamanego grosza i nie dałoby się nim nikogo zabić, zwłaszcza pilota samolotu.

Odkładają na bok moją walizkę. Należy sprawdzić dokładnie całą jej zawartość. Wzrok pasażerów przenosi się raz po raz to z walizki na mnie, to ze mnie na walizkę. Patrzą na mnie z powątpiewaniem i zdumieniem. Próbuję się tłumaczyć:

- To przecież stary topór, który kiedyś należał do derwiszy. Spodobał mi się, więc go kupiłam. Leży w walizce, więc w jaki sposób mogę nim komuś coś zrobić? Zresztą, co mogłabym zrobić?

Moje słowa trafiają w próżnię. Ostrożnie wyciągają z walizki narzędzie zbrodni - topór złotego koloru. Ludzie wciąż patrzą, więc celnik zaczyna wyjaśnienia: topór ten jest wartościowym reliktem przeszłości i stanowi dziedzictwo kulturowe...

Co za bzdury!

Mam przy sobie paragon. Nie jest wart nawet tych pięciu tysięcy tumanów*. Ozdobiony jest arabskim napisem, prawdopodobnie którymś z koranicznych wersetów.

- Musi go jeszcze oszacować pan Tuti - słyszę.

Głośnik wzywa pana Tutiego. Dwie osoby się śmieją, ktoś powtarza pod wąsem zasłyszane wcześniej słowa, ktoś szarpie mnie za ramię:

- Droga pani...

Jakaś staruszka coś mówi lub o coś prosi, nie rozumiem. Śpieszę się. Muszę ostatecznie wyjaśnić sprawę narzędzia zbrodni.

- Nie chcę go, jest wasz, zostawcie mnie w spokoju!

Wszystko teraz zależy od Tutiego. Muszę czekać. Niech to szlag!

Staruszka trąca mnie w ramię, powtarzając prośbę:

- Droga pani, jestem już spóźniona, boję się, że tu zostanę... Bóg ci to wynagrodzi...

To wieśniaczka. Jest oszołomiona i zdenerwowana. Błaga mnie, abym wypełniła jej formularz celny. Mówi:

- Moja droga, słabo widzę, nie umiem dobrze czytać ani pisać... Moi synowie powiedzieli: Mamusiu, tylko wsiądziesz na pokład samolotu i już będziesz u nas... Nie wiedziałam, że jest z tym tyle zachodu!... W biurze paszportowym dwa razy zemdlałam, i o mało nie umarłam...

Odpowiadam jej:

- Poczekaj, mam teraz coś do załatwienia; poproś kogoś innego.

- Kogo? Nikt nie ma czasu!

Wskazuję eleganckiego chłopaka. Odpowiada:

- Już go pytałam. Wychował się za granicą. Nie potrafi pisać po persku. Boję się, że i moi chłopcy zapomnieli już perskiego... Boże, zmiłuj się nade mną!

Ponownie przez głośnik wołają Tutiego. Staruszka nie chce się odczepić. Kręci się w kółko, nie wiedząc, dokąd iść i co robić. Znów pyta:

- Droga pani, skąd odchodzi samolot do Szwecji?

Zdjęcie z cyklu The Mistery of the Pomegranate, Nawid NurPrzeglądam jej paszport. Jest cały pusty. To jest jej pierwsza podróż. Nazywa się: Anar Banu Czenari. Pośpiesznie wypełniam jej formularz. Urodziła się w tysiąc dziewięćset siedemnastym, ma więc osiemdziesiąt trzy lata. Leci razem ze mną tym samym samolotem do Paryża, a stamtąd do Szwecji. Opowiada:

- Mija dziesięć lat, jak nie widziałam swoich synów. Nie mogę sobie bez nich znaleźć miejsca. Powiedziałam im: Tak bardzo was kocham. Musieliście wyjechać na drugi koniec świata? Czego brakuje naszemu Jazdowi?* Zaczęli nalegać, że chcą wyjechać i nie ma dyskusji. Mój świętej pamięci mąż powiedział: Młodość to szaleństwo. Zwariowali!

Szuka mnie Tuti. Jest mały i chudy, o wzroście dziesięciolatka, co rekompensuje sobie ogromnym nosem, a szkła jego okularów przypominają grubością dno szklanki. Sprawdza topór. Nie mówi ani słowa. Potem ustawia go pod światło lampy, chcąc mu się dokładniej przyjrzeć. Po namyśle stwierdza:

- Ten topór jest bardzo stary.

Przytakuję skinieniem głowy. Anar Banu zerka ukradkiem, a potem przesuwa dłonią po nasadzie topora:

- Droga pani, ten topór to topór derwiszy! Mało było innych pamiątek?

- Z jak dawnych czasów pochodzi? - pytam Tutiego. Moja nieustępliwość go drażni. Pośpiesznie odpowiada:

- Nasada wygląda na pochodzącą sprzed kilku wieków, ale trzonek jest nowy!

Tak czy inaczej, biorąc pod uwagę, że można nim albo uciąć głowę pilotowi samolotu, wszystkim funkcjonariuszom i celnikom, albo wziąć przy jego pomocy pasażerów jako zakładników i uprowadzić samolot do Afryki, bezsprzecznie stanowi zagrożenie! Oświadczam:

- Achemenidzki* topór jest wasz!

Nie przyjmują topora i chcą mi go zwrócić. Staruszka nie odstępuje mnie ani na krok. Pan Tuti śpieszy się. Jest śpiący. Ziewa.

Odbieram nieszczęsny topór i kieruję się w stronę poczekalni, aby wręczyć go przyjacielowi, który mnie odprowadził, nie ma jednak po nim śladu. Ludzie zza szyby machają do mnie, śmiejąc się. Skręcam się ze wstydu.

Grupa licząca około czterdziestu osób, młodych, starych i dzieci w różnym wieku, trzymających w rękach bukiety zwiędłych mieczyków, oczekuje na pasażerów przylatujących z Indii. Jest gwarno, głośno i tłoczno. Jakieś dziecko wymierzyło mi kopniaka, a teraz ucieka wymachując więdnącym bukietem.

Wręczam toporek stojącemu przy drzwiach bagażowemu, po czym, ciężko oddychając, odwracam się niezbyt grzecznie, i spostrzegam stojącą wciąż na swoim miejscu staruszkę, która rozgląda się wokół, zagubiona i bezradna. Zupełnie nie wie, co ma robić. Na mój widok ożywia się i podchodzi, machając mi ręką:

- Droga pani, a gdzież tyś się podziewała? Myślałam już, że zostawiłaś mnie i poleciałaś!

Idzie w ślad za mną. Jej torba jest bardzo ciężka. Ma zadyszkę. Pot spływa po jej twarzy, więc wyciąga z kieszeni kraciastą chustkę wielkości obrusa i ociera nią twarz. Zaczyna opowiadać:

- W naszej wsi mamy nauczycielkę, Szahilę, która zna nazwy wszystkich miast świata. Powiedziała mi, że Szwecja jest skuta lodem. Krowy i owce zamarzają na stojąco. Temperatura spada nawet do stu pięćdziesięciu stopni poniżej zera, więc ze strachu przez zimnem włożyłam na siebie wszystkie wełniane ubrania, jakie tylko miałam i teraz umieram z gorąca.

Samolot ma godzinę, a może i dwie opóźnienia, dokładnie nie wiadomo. Odprowadzający stoją za szybą. Zniecierpliwieni i zaniepokojeni spoglądają na tych, którzy są po drugiej stronie. Ani jedni, ani drudzy nie słyszą się nawzajem.

Data i godzina lotu zostały wcześniej ustalone, rzeczywistość nie jest jednak definitywna. Tysiące obaw, możliwości i niepewności staje pod znakiem zapytania. W mojej głowie kłębią się czarne myśli: "A jeśli nie pozwolą mi wyjechać, czy nie zobaczę już nigdy więcej bliskich? Czy znajomi umrą podczas mojej nieobecności...?". Tam, gdzie kończy się niepewność, zaczyna się niemożliwość, gorzki, ponury stan, który coraz częściej daje o sobie znać - zupełnie jak niejasne rozumienie śmierci - a to, co się za nim kryje czeka tylko, aby mi się objawić.

Anar Banu Czenari idzie za mną jak cień. Mówi bez przerwy, niepokój bije z jej zagubionego spojrzenia i drżących rąk. Ciągnie swoją opowieść:

- Szczęśliwi ci, którzy mają spokojne i dobre dzieci! Moi synowie od dzieciństwa nie potrafili znaleźć dla siebie miejsca. Nie przepadali za ludźmi z naszej wsi. Marzyli o wyjeździe do miasta, do Teheranu lub gdziekolwiek, sami dokładnie nie wiedzieli gdzie! Za moich czasów znali tylko jedno miejsce, to, w którym przychodzili na świat. Naszym światem był Jazd!

Całym światem!

Odpowiadam:

- Nane*, musisz być szczęśliwa, skoro znalazłaś swoje miejsce na ziemi!

Jej myśli krążą wokół synów, zapomniała gdzie jest i jak daleką drogę ma przed sobą. Jej oczy są pełne marzeń o Jazdzie, który zostawiła za sobą i obawy przed nieznajomym miastem, które na nią czeka.

Opowiada:

- Wysłałam do nich list. Dyktowałam pani Szahili, a ona pisała, bo ja nie umiem. Zapytałam, czy jesteście szczęśliwi i zdrowi na tamtym krańcu świata? Odpowiedzieli: Nane, nie mamy tutaj nikogo bliskiego, kości przemarzły nam z zimna i nocą zdarza się nam żałośnie zapłakać. Teraz chcemy jechać do Ameryki. Szahila powiedziała, że Ameryka to Szatan, mój biedny mąż ogromnie się wtedy strapił i powiedział: Moi synowie stali się włóczęgami! Nie mogą sobie nigdzie znaleźć miejsca. Gdziekolwiek się udadzą, wszędzie będą obcy.

Ponaglam ją:

- Pośpiesz się! Musisz pokazać swoją torbę!

Anar Banu ma dwie torby. Otwieram pierwszą z nich, pełno w niej przeróżnych niepotrzebnych drobiazgów. Widzę: kilka pudełek słodyczy, kilka bel jedwabiu z Jazdu, kilka plastikowych misek, dwie pary męskich butów oraz prezenty dla synów. Druga torba wypełniona jest owocami granatu i bakłażanami. Mówi:

- To są granaty z naszego ogrodu!

Rewizja dobiega końca, omijamy stół, bierzemy swoje walizki i ruszamy dalej. Anar Banu idzie tuż za mną. Pokazuję pracownikom nasze bilety. Już wiemy, jakie mamy miejsca. Wchodzimy piętro wyżej. Biorę do ręki wcześniej przygotowany paszport. Być może z przyzwyczajenia czuję nieuzasadniony lęk i oczekuję jakiegoś nieprzyjemnego zdarzenia. Serce łomocze mi w piersiach. Boję się, że będę mieć czegoś za mało albo za dużo, albo jeszcze coś innego stanie na przeszkodzie i nie wbiją pieczątki w paszport. Czemu się boję? Nie mam pojęcia, ale wszystko jest możliwe. Zawsze rodzą się pytania i obawy.

Odprawa przebiega pomyślnie.

Rewizja ubrań i kieszeni w porównaniu z tym, co było kiedyś, przebiega łagodniej. Anar Banu ma łaskotki; gdy tylko ją dotknąć, zwija się w pół, chichocząc długo i nieprzerwanie. Na obydwu rękach ma złote bransoletki, a na jednej z nich pierścionek z agatem, który pokazuje przeprowadzającym odprawę. Pokazuje zdecydowanie więcej niż powinna, rozgląda się dookoła i spogląda ze strachem to na mnie, to wkoło siebie. W kieszeni ukryła parę niezbyt wartościowych kolczyków z rubinem i teraz boi się, że narobi sobie kłopotów, zostanie zatrzymana pod zarzutem przemytu biżuterii i nie będzie mogła lecieć dalej. Jej przypuszczenia się sprawdzają. Drży:

- Te kolczyki wiozę dla synowej. Dała mi je pani Szahila. Niech mnie diabli wezmą, jeśli kłamię. Moja synowa jest cudzoziemką. Przeszła na islam. Odprawia namaz!* - błaga.

Nie robią jej żadnych problemów. Oddają kolczyki z rubinem i Anar Banu może wejść na pokład samolotu. Mówi:

- Mój starszy syn wziął za żonę cudzoziemkę. Pochodzi z jakiejś szwedzkiej wsi. Mówiłam mu: Wróć do Jazdu, nasze dziewczęta są jak promienie słońca! My nie znamy szwedzkiego, więc jak będziemy rozmawiać z twoją żoną?

Dochodzimy do poczekalni. Anar Banu siada na krześle obok mnie i ucina sobie drzemkę. Mamrocze coś pod nosem, głowa opada jej na piersi, a nogi się rozjeżdżają. Chyba śnią się jej niespokojni synowie, szukający lepszego życia w krainie wiecznych lodów. Pochyla się w przód i ześlizguje z krzesła. Zrywam się z miejsca. Jeden z pasażerów siedzących obok także śpieszy jej z pomocą. Podnosimy ją do góry. Jest oszołomiona i zagubiona, i nie może sobie przypomnieć, gdzie jest. Jakiś chłopak głośno się śmieje, a nieznajoma pani ze smutkiem kiwa głową.

- Droga pani...! - głos więźnie jej w gardle. Doprowadza się do porządku, a ja poprawiam jej rusari*. Podnosi głowę. Próbuje się roześmiać, lub przynajmniej zdobyć na słaby uśmiech. Chce zachować pozory, że wszystko jest w porządku, lecz jej oczy są zaspane i zmęczone, a stare ciało opada z sił.

Wołają pasażerów. Trzeba wsiąść do samolotu. Niekończąca się kolejka ludzi utrudnia wejście. Anar Banu kręci się wśród nich. Chce jak najszybciej wyruszyć. Zdumiona i przerażona zatrzymuje się przy schodach prowadzących na pokład, wpatrując się w ogromne skrzydła samolotu, które wywierają na niej niesamowite wrażenie. Jej torba jest ciężka. Nie ma siły ruszyć się z miejsca. Idzie dwa schodki pod górę. Przystaje. Zastawia przejście. Ktoś z obsługi lotniska przychodzi jej z pomocą, bierze ją pod rękę i prowadzi do góry, schodek po schodku.

Ma miejsce obok mnie, z czego bardzo się cieszy. Siada i z trudem wsuwa podręczną torbę pod fotel. Mówi:

- Chłopcy, co ja z wami mam! Gdybym tylko mogła przestać was kochać, nie musiałabym się błąkać po obcym świecie.

Żaląc się, zdejmuje buty; na nogach ma czarne grube skarpety. Jest jej gorąco, a na twarzy lśnią kropelki potu.

- Dzięki Bogu, że mam miejsce obok pani. Szahila powiedziała mi, bym starała się usiąść przy pasażerce, która będzie dla mnie jak córka. Szkoda, że nie mam córki! Matkę z córką zawsze łączy silna więź, córka nie zostawiłaby mnie samej i nie wyjechała do Szwecji. A pani? Ma pani dzieci?

Wiercę się. Odwracam się do niej tyłem i przyciskam twarz do poduszki. Muszę zasnąć.

Miękkie i pulchne ramię Nane Anari delikatnie wciska mi się w ramię. Jej ciepłe, zmęczone ciało rozkłada się na całym siedzeniu, zajmując też połowę mojego. Ma nieświeży oddech, lecz jej ciało pachnie przyjemnie. Naciągam skraj koca na oczy i wpatruję się w senny obraz, który rysuje się przede mną. Nane nie daje mi spokoju:

- Moja droga, czy i ty lecisz do Szwecji?

Kręcę głową.

- Boję się, że nie zdążę!

Nie odzywam się.

- Moja droga, daj mi znać, gdy będziemy już w Szwecji!

Odpowiadam:

- Śpij, Anar Banu, śpij!

Stewardessa sprawdza, czy wszyscy pasażerowie mają zapięte pasy. Mój jest zapięty, ale Anar Banu pierwszy raz leci samolotem. Jest zagubiona, wierci się, a jej łokieć wbija mi się w bok. Znowu zaczyna:

- Ja przecież nie znam obcych języków!

Stewardessa chce jej zapiąć pas, ale nie może tego zrobić, ponieważ Anar Banu usiadła na nim. Z trudem sięgam ręką pod jej rozgrzane i zmęczone ciało. Ma łaskotki. Zaczyna skręcać się ze śmiechu. Tracę cierpliwość:

- Podnieś się, proszę!

Chwytam jeden koniec pasa. Bezskutecznie. Ciągnę mocniej. Nic z tego. Anar Banu jest gruba i ciężka, siada mi na ręce i nie ma zamiaru się ruszyć. Stewardessa wkłada rękę pod jej ciało z drugiej strony. Anar Banu podskakuje ze śmiechu. Gdy przechyla się w moją stronę, spod jej ciała wysuwa się drugi koniec pasa. Mówi:

- Pani kochana, ależ się uśmiałam! Szkoda że moi synowie tego nie widzieli!

Znowu chichocze, po czym bierze moją rękę i przytrzymuje ją w swoich ciepłych, szorstkich dłoniach. Ma miłą twarz i czarne, okrągłe oczy, w których migoczą przyjazne iskierki. Powtarza:

- Nie zapomnij mi powiedzieć, gdy już dolecimy do Szwecji. Boję się, że się zgubię i nie zdążę.

Tłumaczę jej, że samolot to nie autobus, który zatrzymuje się w różnych miejscach. Startuje z lotniska w Teheranie i ląduje na lotnisku Charles de Gaulle’a, gdzie trzeba się przesiąść. Kobieta wydaje się jeszcze bardziej zagubiona. Patrzy na mnie ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Nic nie rozumie z tego, co do niej mówię. "Szwecja" jest jedynym słowem, które słyszała i zapamiętała. Znów zaczyna opowiadać:

- Moja droga, mija właśnie trzeci dzień mojej podróży. Najpierw w drodze z Jazdu do Teheranu zepsuł się autobus. Opona się przebiła. Wywrócił się na zakręcie i potrącił staruszka, który prowadził osła. Zmarł, biedaczyna. To tak w skrócie, nie chcę ci zawracać głowy opowieściami. Noc spędziliśmy w drodze, a pluskwy i komary nie pozwalały zasnąć do rana. Myślałam już, że nadszedł koniec, że umrę! Mam ponad osiemdziesiąt lat i cierpię na mnóstwo dolegliwości, lecz pragnienie ujrzenia synów dodaje mi sił. Widzisz tę torbę? Pełna jest owoców granatu i ryżu. Wiozę też kilka słoików koncentratu z granatów. I to jakiego! Z owoców rosnących w naszej wsi! Właśnie dlatego mówią o mnie: Nane Anari!*

Śmieje się głośno i wyciąga z torby dwa dojrzałe czerwone owoce:

- Proszę, spróbuj!

Kręcę głową. Ściska owoc, aby wypłynął sok. Wpatruję się w granat, w jego delikatną, przejrzystą skórkę. Przypomina balonik, który lada moment pęknie. Odsuwam się na bok, mój płaszcz jest biały:

- Nie, nie chcę! Nie wyciskaj soku!

- Nie obawiaj się, to nie jest jakiś tam zwykły granat, to granat szczęścia! - odpowiada i ściskając silnymi palcami jego wypukły brzeg, kontynuuje swoją opowieść:

- Nie miałam matki ani ojca, wychowałam się pod drzewem granatu. Zamiast matczynego mleka dawali mi sok z jego owoców; ściągałam w dół gałęzie i spijałam sok z dojrzałych granatów, wyobrażając sobie, że ssę mleko z matczynych piersi. Ludzie powiadali: Anarak! To drzewo jest twoją matką, a granat jest drzewem miłości! W pobliżu rósł platan. Powiadali mi: To twój ojciec! A więc miałam już matkę i ojca. Gdy poszłam odebrać dowód osobisty, funkcjonariusz zapytał mnie o imię. Odpowiedziałam: Anarak*. Potem spytał o imię ojca. Powiedziałam: Czenar*. Odpowiedział: Niech cię diabli, czy jak owoc narodziłaś się z drzewa? Powiedziałam: Właśnie tak!

Ma łagodny ton głosu i wesołe oczy. Jest mała i okrągła, a gdy siedzi, nogami nie dostaje do ziemi. Jej twarz naprawdę przypomina owoc granatu: czerwony i dojrzały, z karminowym podbródkiem i soczystymi, pełnymi ustami. Jej pogoda ducha ujmuje za serce. Nieustannie się wierci i przebiera w powietrzu krótkimi pulchnymi nogami.

Odechciewa mi się spać.

Od startu mija już godzina. Przynoszą nam śniadanie. Nane Anari jest bardzo głodna i pośpiesznie przełyka chleb z konfiturą. Pyta mnie:

- Pani kochana, czemu nic nie jesz? Nie jesteś głodna?

Za moją zgodą bierze resztki mojego śniadania i jedząc, głośno mlaszcze. Zadaje kolejne pytanie:

- Pani też ma dzieci?

Potakująco kiwam głową. I kolejne:

- Mieszkają z panią?

Odpowiadam twierdząco. Zaczyna opowiadać:

- Ma pani szczęście. Urodziła się pani pod szczęśliwą gwiazdą. Dzieci są najważniejsze w życiu! Ja od dwunastu lat nie widziałam moich synów. Kto by przypuszczał, że moje dzieci, dzieci Nane Anari, odnajdą się w obcej rzeczywistości! Starszy z synów przysłał list. Napisał: Odprawiam namaz i walczę o ojczyznę. Spytałam: Z kim? Odpisał: Z wrogami religii i Iranu. Młodszy syn nie mówi takich rzeczy. W ciągu roku pisze tylko jeden list, pełen miłych, słodkich słów: Mamuś, przyjedź, pójdziemy do kawiarni, zatańczymy! Kłamie, kanalia jedna! Ale właśnie od tych kłamstw topnieje mi serce. Starszy wciąż myśli o walce i ścinaniu głów. Odparłam mu: Czyżbyś był rzeźnikiem albo zabójcą? Odpowiedział, że w końcu nadejdzie dzień, w którym zabije obecnego dowódcę! Dostał za to po głowie od ojca. Powiedział mu: Jesteś idiotą, dowódca też jest muzułmaninem. Ma żonę i dzieci. To grzech. A on na to, że w takim razie zabije kogokolwiek. Bzdury. Jego słowa są puste. Po raz drugi ożenił się z cudzoziemką. Jego pierwsza żona była strasznie chuda, skóra i kości. Na jej widok mój mąż splunął i podarłszy zdjęcie na drobne kawałki, wrzucił je do toalety. Potem w jednym z listów przyszło zdjęcie młodszego syna. Miał przefarbowane włosy i wyglądem przypominał dziewczynę. Pisał, że gra i śpiewa na weselach. Mąż stwierdził, że przyniósł wstyd naszej rodzinie. Miał wymodelowane brwi, a twarz wybieloną specjalnym kremem. To nie jest mój syn – rzekł. Zatkało mnie. Mąż powiedział: Moi synowie umarli. Rozpaczał tak bardzo, że w końcu umarł. Powiedziałam sobie: Życie bez męża i dzieci jest piekłem. Wyszłam z domu i położyłam się pod drzewem granatu, oczekując Ezraila*. Nagle usłyszałam, że wołają mnie ludzie ze wsi. Przyjechał listonosz. Wciąż jeszcze dźwięczy mi w uszach dzwonek jego roweru. Co to był za dźwięk! Wszystkie dzieci siedziały, uderzając z radości rękoma o ścianę. Nawet sołtys przyszedł! Powiedział mi: Czemu tu leżysz, skoro otrzymałaś list z zagranicy! Odebrał go od listonosza, po czym zabrał sobie kopertę i znaczek, aby jako dokument umieścić je w archiwum. List był od młodszego syna, który pisał: Mamo, przyjedź! Tęsknię za tobą. Boję się, że ty umrzesz. Przyjedź, twoja obecność doda mi sił! Poderwałam się z miejsca. Niech mnie licho! Pomyślałam: Synu, przypominasz dziewczynę. Ale trudno! Kimkolwiek byś nie był, i tak zawsze będziesz moim ukochanym dzieckiem. Ale gdzie leży Szwecja? Zaczęłam rozpytywać, lecz w naszej wsi nikt tego nie wiedział. Sołtys powiedział: Nie wyjeżdżaj, jeszcze umrzesz w drodze. Odparłam: Najwyżej! Choćbym miała iść pieszo, dojdę do Szwecji! Ludzie we wsi powiedzieli, że muszę przepłynąć siedem mórz. Odparłam: Przepłynę! Bóg mnie nie opuści! Dzieci na mnie czekają. Starszy syn jest cholerykiem i szybko wpada w złość, od rana do nocy powtarza, że trzeba się zemścić. Za panowania szacha dwa razy siedział w więzieniu. Nic mu to nie pomogło, wciąż powtarza ,że wszyscy muszą zawisnąć na szubienicy i trzeba w końcu wziąć odwet. Powiedziałam: Synu, wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi. Odparł: Nie, mamo. Tak mówią tylko niewierni. Jedynie my jesteśmy dziećmi Boga. Reszta to wrogowie Iranu i prawdziwej religii. Pewnego dnia kilku pasdarów* przybyło do naszej wsi. Szukali mojego syna. Ukrył się w piwnicy dowódcy, który przez czterdzieści dni przynosił mu wodę i chleb. W końcu uciekł w góry i tułał się po nich jakiś czas. Nie mieliśmy od niego wieści przez trzy lata, byliśmy pewni, że zginął. Blisko trzy lata byliśmy w żałobie, a ludziom mówiliśmy, że mamy syna męczennika. Przychodzili do nas z gratulacjami i kondolencjami. Sprzedaliśmy dywan, a pieniądze daliśmy do meczetu, aby zorganizowano uroczystość. Aż pewnego dnia przyszły wieści, że nasz syn żyje i jest w Szwecji! Z początku myśleliśmy, że chodzi o jakąś wieś na południu Iranu. Potem dowiedzieliśmy się, że Szwecja leży na drugim końcu świata. Młodszy syn postanowił tam jechać. Był cały podekscytowany! Padłam przed nim na kolana i zaczęłam błagać, żeby choć on jeden został; ale moje błagania były jak groch o ścianę. Powiedział: Też chcę stąd wyjechać i pojechać w jakieś inne miejsce, do innego miasta. Każdy młody jest uparty. Jak postanowił, tak zrobił. Kilka lat tułał się po Turcji, czekając, aż brat załatwi mu wszystkie papiery... Ale zawracam pani głowę, chciała pani spać... Zdjęcie z cyklu The Mistery of the Pomegranate, Nawid NurAch, te dzieci, co my z nimi mamy! Mija dziesięć lat, odkąd rozmawiam z nimi we śnie i na jawie, bojąc się, że o nich zapomnę. Mąż powtarzał, że zapomnienie to błogosławieństwo. Miłosierdzie. Obyśmy przestali tak kochać tych chłopców, po czym w spokoju złożyli swe głowy na ziemi i pomarli. Poprzysięgłam sobie, że nie złożę swej głowy na ziemi, dopóki nie zobaczę moich dzieci. Kiedy odprawiałam namaz, pełnym głosem wypowiadałam imiona moich synów. Mówiłam tak głośno, aż w końcu moje prośby dotarły do nich i przysłali mi bilet. Pojechałam do Teheranu, do brata pani Szahili. Jest inżynierem. Przywiózł mnie na lotnisko. Słyszałam, że w Szwecji nie ma bakłażanów, dlatego wzięłam kilka kilo ze sobą. Gdyby tak i pani leciała do Szwecji! Jeszcze dziś w nocy chcę przygotować choreszt z bakłażanów*. A potem fesendżun*. Codziennie będę gotować inne perskie danie tym dwóm niewdzięcznikom, aby poczuli się jak w domu. Co to za straszne miejsce, ta Szwecja! Szahila mówiła, że woda zamarza tam w ustach, a łzy zmieniają się w okruchy szkła, oślepiając ludzi. Powiedziałam sobie: Nie daj Boże moje dzieci oślepły! Jeden Bóg wie, co jadły przez te wszystkie lata! Mąż powiadał, że zaczęli wyglądać jak dziewczęta, bo jedzą wieprzowinę. Starszy syn lubi tyranizować otoczenie i zastraszać słabszych. Co prawda nie modeluje brwi, ale z wyższością spogląda na innych, planuje zemstę. Jest jak w amoku, nie widzi już rzeczy takimi, jakie są. Jak tylko dolecę, przycisnę mocno do piersi mojego młodszego synka. W nocy położę się przy jego materacu, z głową u jego stóp. Gdy był mały, zawsze chodził na bosaka i stopy pachniały mu trawą. Zawsze parzyły go pokrzywy. A teraz myje się zagranicznym mydłem i pachnie jak obcy ludzie. Gdy urodził się starszy syn, śmierdział potem dorosłych ludzi. Mąż powiedział: To dziecko jest złe, można to poznać po jego zapachu. Odpowiedziałam: Boża mądrość! Każdy ma inny zapach, nie każdy musi pięknie pachnieć. Pies i kot śmierdzą, ale ich serca są czyste jak łza. Kury śmierdzą jeszcze bardziej, ale są poczciwe i niewinne. Mąż odparł: Ten chłopiec ma przegniły umysł, to głowa mu tak śmierdzi, nie nogi. Cóż miałam powiedzieć? Dla mnie pachniał wodą różaną. Kocham go, to niezależne ode mnie! Madżnunowi mówili, że Lejla przypomina szakala*, a on odrzekł, że w takim razie będzie kochać szakala. Miłość jest właśnie taka. Młodszy syn dobrze się sprawuje. Będzie mi grywał szwedzkie melodie, do których zatańczę, i to jak! Tylko patrzeć i podziwiać! Napisał: Mamusiu, gotujesz wspaniale, otworzymy irańską restaurację, staniemy się bogaci! Nazwiemy ją: ANAR BANU I JEJ SYNOWIE.

Pogoda nie sprzyja. Samolot ma turbulencje. Anar Banu klaszcze w dłonie i przebiera nogami z radości; nie ma pojęcia, że zawieszeni jesteśmy między niebem i ziemią; że jeśli samolot spadnie, rozerwiemy się na tysiąc kawałków, i że nasze życie wisi na włosku! (Ach, te moje lęki!). Pyta:

- Moja droga, gdzie tu można iść za potrzebą?

Nie odpowiadam. Ciało mam bezwładne, serce bije mocno. Liczę minuty. Czas nieprawdopodobnie się wlecze, a moje nogi szukają oparcia.

Nane Anari już nie może wytrzymać. Rozpina pas i wstaje, lecz francuska stewardessa gestem nakazuje, by usiadła. Kobieta zaciska swoje pulchne uda. Mówię:

- Usiądź, poczekaj, inaczej upadniesz!

Nie słucha mnie. Śpieszy się. Idzie, lecz jej buty zostają pod krzesłem. Chwieje się. Pomaga jej młody pasażer, który siedzi za nią. Bierze pod ramię i prowadzi. Samolot wpada w powietrzną studnię, jakaś kobieta piszczy. Nane Anari jedną ręką wiesza się na ramieniu młodzieńca, a drugą chwyta się szyi innej osoby. Chichocze. Stewardessa ma dość irańskich pasażerów. Bezsilna kręci głową i już nie protestuje.

Powieki mi opadają. Sylwetki zmarzniętych, drżących z zimna synów Anar Banu wirują mi przed oczami. Mówię do nich: "Czy to jest miejsce, którego szukaliście?"

Milczą. Śnieg przyprószył ich czarne włosy. Chcą wyjechać do innego miasta, takiego, które znają, gdzie jest ciepło, za góry i za morze. Mówię im: "Pojadę z wami. Zaczekajcie na mnie!". Słychać gwizd pociągu. Pasażerowie uwieszeni są okien i drzwi. Nane Anari też tam jest. Pyta: "Dokąd jedziecie?". Ale tego nie wie nikt.

Gwałtowna turbulencja samolotu wyrywa mnie ze snu. Z daleka słyszę głos. Anar Banu wali pięściami w drzwi toalety.

- Moja kochana! Pomocy! Proszę pani!

Stewardesa jest zmęczona i nie reaguje. Jeden z pasażerów wstaje i otwiera drzwi. Anar Banu obmyła twarz i brzeg jej rusari jest mokry. Zwraca się do mnie:

- Tam było tak ciasno, że nie daj Boże! Proszę wybaczyć, że się ośmielam... te toalety są tak samo kiepskie jak nasze!

Turbulencje samolotu stopniowo się zmniejszają. Mogę już oddychać, ale ciało mam wciąż bezwładne, a dłoniom brak czucia. Naciągam pled na głowę i postanawiam nie otwierać oczu, dopóki nie wylądujemy.

Nagle koła samolotu dotykają ziemi i Nane Anari podskakuje na fotelu. Widzi, że podróżni zbierają swoje bagaże, więc w pośpiechu rozpina pas. Pyta:

- Jesteśmy na miejscu?

- Tak.

- Dolecieliśmy do Szwecji?

- Nie.

- Więc gdzie jesteśmy?

- W Paryżu.

Pasażerowie się śpieszą. Tłocząc się i, przepychając w korytarzu, ustawiają w kolejce do wyjścia.

- Szwecja jest na następnym przystanku?

Po raz kolejny tłumaczę jej, że musi przesiąść się na inny samolot, który dowiezie ją do synów. Mówi:

- Jak się dogadam? Nie skończyłam żadnych szkół, nie rozumiem tutejszego języka!

- Pokażesz swój bilet i wskażą ci drogę - odpowiadam.

- Komu mam pokazać bilet?

- Pracownikowi Air France!

- Nie wysiadam. Nie ruszę się stąd. Boję się, że nie zdążę, że się zgubię.

- Chodź, pokażę ci! - uspokajam ją.

- Moja droga, zrobię dla ciebie wszystko, tylko leć ze mną do Szwecji! - błaga mnie.

Łzy zbierają jej się w oczach. Spuszcza głowę i mruczy coś do siebie. Mówię:

- Anar Banu, wstań! Nie bój się. Nie pozwolę ci się zgubić. Powierzę cię komuś, kto się tobą zaopiekuje lepiej niż ja!

Waha się, ale nie ma wyjścia i w końcu się zgadza:

- Jakoś to będzie. Może i moi synowie tutaj będą?

- Może

Napuchnięte stopy nie mieszczą się w butach, więc bierze buty pod pachę i zaczyna się żalić. Kolana jej zesztywniały. Mówi:

- Gdyby nie dzieci, nigdy bym się nie wybrała w tę podróż! Nasz Jazd jest jak raj. Niczego mu nie brak. Rewolucja jest sprawą miast, nas nie dotyczy. Syn Maszhadi* Akbara przystąpił do pasdarów. Nie jest złym dzieckiem. Wyjechał do miasta. Powiedziałam: Powinieneś był zostać i być mi wsparciem na stare lata. Nie posłuchał.

Stewardessy ustawiły się w kolejce koło drzwi. Anar Banu wymienia uprzejmości z jedną z nich. Chce ją ucałować, ale jest niska i nie może dostać do jej policzków. Stewardessa śmiejąc się ściska dłoń staruszki. Przed nami długi korytarz. Pyta:

- Szwecja jest bardzo daleko stąd?

Biorę od niej podręczną torbę. Jest bardzo ciężka, więc zwracam ją Anar Banu. Wyjaśniam:

- Zrozum, muszę iść w tę stronę, a ty w tamtą. Nie idziemy w jednym kierunku.

Wskazuję na pracownice linii lotniczych:

- Pokaż swój bilet tym dwóm paniom i poproś je o pomoc!

Patrzy na mnie zaskoczona. Nie spodziewała się tak szybkiego rozstania. Chwyta się brzegu mojego manta:

- Szczęśliwej podróży, Nane! Odłóż dla mnie jedną porcję swojego choresztu z bakłażanów!

- W jakim języku im wytłumaczę?

- Pokaż im tylko bilet!

- Co mam im powiedzieć?

- Powiedz: SZWECJA!

Powtarza sobie słowo Szwecja i wpatruje się w swój bilet. Woła:

- Kochana moja!

Ruszam, nie oglądając się za siebie. To była długa i męcząca podróż. Cieszę się, że stąpam po ziemi i nie muszę już przeżywać tych cholernych turbulencji! Irańscy pasażerowie, śpiesząc się, wyprzedzają jeden drugiego. Biegną. Myślami jestem z Nane Anari. Zdążyła? Nie zdążyła?

Większość pasażerów wyprzedziła mnie i przed okienkiem, w którym sprawdzają paszporty, ustawiła się już długa kolejka. Po lewej stali Europejczycy, a po prawej: Arabowie, Irańczycy i Afgańczycy; czarni, żółci i inni. Jakiś mężczyzna trąca mnie w ramię:

- Staruszka, która siedziała obok pani w samolocie, nie rusza się z miejsca. Rozgląda się za panią.

Mówię:

- Nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc? Ja się śpieszę.

- Szuka pani. Nie rozumie, co się do niej mówi i boi się obcych.

O rety!

Wracam i zaglądam w każdy kąt korytarza. Spostrzegam Nane Anari, która siedzi na środku, w miejscu, w którym się rozstałyśmy i przyciska do siebie podróżną torbę. Pasażerowie mijają ją w pośpiechu. Widząc mnie, wydaje okrzyk radości. Promienieje. Na czworakach idzie mi na powitanie:

- Moja kochana, wybacz! Zesztywniały mi nogi! Nie mogę zrobić ani kroku. Każdemu, kto przechodził obok, powtarzałam: Szwecja, Szwecja..., ale nawet pies z kulawą nogą się za mną nie obejrzał!

Mija nas jakaś kobieta na wózku inwalidzkim. Nane Anari spogląda na nią zazdrośnie. Prosi:

- Znajdź mi właśnie taki wózek, właśnie taki!

- W porządku. Zostań tu gdzie jesteś i nie ruszaj się, dopóki nie wrócę.

Sprzeczam się z pracownikami Air France, błagam i proszę. Wszystko to nie ma sensu. Wózki zostały zarezerwowane wcześniej. Trzeba napisać podanie i poczekać kilka dni. Wyjaśniam:

- Ta kobieta przyleciała z irańskiej wioski (myślę: to nie jest dobre wyjaśnienie), nogi jej zesztywniały i nie może chodzić!

Współczują jej, lecz muszą stosować się do przepisów. Każda sprawa podlega określonym regułom prawnym. Trzeba wcześniej złożyć podanie, nie ma miejsca na samowolę!

I co mam robić? Nie mam sumienia odejść. Zauważam wózek - taki zwyczajny, do przewożenia bagaży, który nie ma przymocowanych wokół prętów i można usiąść w środku. Jest doskonały! Śpieszę się. Nane Anari, trzymając buty w ręce, siedzi rozkraczona na ziemi na środku korytarza. Ludzie mijają ją obojętnie. Kładę na wózku jej torbę podróżną i zastygam myśląc, co począć z nią samą. Mówię:

- Anar Banu, wstań i usiądź z przodu!

- Ach, moja droga! - zdumiona patrzy na mnie z niedowierzaniem i śmieje się.

- Nie ma gadania. No już, dalej, wstań!

- O, święty Boże!

- Pośpiesz się!

Nie ma wyjścia, musi na to przystać. Wstydzi się. Rozgląda się wokół, spoglądając na ludzi. Pyta:

- Mam usiąść na tym wózku?

- Tak. Wstań. Muszę coś załatwić. Jestem spóźniona.

Jest zmieszana i czerwienieje na twarzy. Zaczyna płakać:

- Moja kochana, to poniżające. Będą się ze mnie śmiać!

- Kochana Nane, nikt cię tu nie zna. Za granicą żadna rzecz nie przynosi ujmy. Pośpiesz się, proszę!

Bolą ją nogi, więc jej pomagam. Skarży się. Próbuje się podnieść, ale chwieje się i upada. Podnosi się z miejsca i, zgięta, trzymając się za kolana, staje za wózkiem. Ściskam ją za ramiona:

- Usiądź!

- Och, moja droga! - szepce cichutko i rozkłada się na wózku. Jest ciężka. Wózek chwilę jedzie, po czym skręca i uderza w ścianę. Pasażerowie, śmiejąc się, patrzą w naszą stronę. Anar Banu naciąga rusari na twarz.

Nie jest łatwo pchać tak obciążony wózek. Kręcimy się w kółko, a potem jedziemy to w prawo, to w lewo. Nane Anari chce pomóc i odpychając się piętami posuwa wózek do przodu. Jakiś przechodzień przychodzi mi z pomocą i oboje, pchając wózek, ruszamy w końcu we właściwą stronę. Anar Banu wzdycha:

- Oj, moi synkowie, gdybyście tak mogli mnie teraz zobaczyć!

Zabieram jej bilet: Göteborg. Nie jestem dobra z geografii i nie wiem, gdzie leży dokładnie Göteborg, ale wiem, że jest to jedno ze szwedzkich miast, w którym dwoje irańskich mężczyzn czeka na swoją matkę. Pytam pracowników linii lotniczych o Terminal B - trzeba udać się w przeciwnym kierunku. Dziesięć minut drogi, i to autobusem.

Nane Anari przysłuchuje się zerkając zza chusty. Patrzy na mnie uważnie. Do autobusu mamy daleko. Dokładnie przyglądam się biletowi, który trzymam w ręku. Samolot do Göteborga odlatuje za godzinę. Nie mamy dużo czasu. Półżywa wiozę staruszkę, która jak ogromny namiot tkwi w wózku. Dojeżdżamy do końca korytarza. Widzę ruchome schody i staję bezradna, nie wiedząc, co robić dalej. Na widok ruchomych schodów oczy Nane Anari rozszerzają się jak spodki. Zeskakuje ze swojego miejsca, mówiąc:

- Ojej, te schody same się ruszają! Moja droga, ja stąd nigdzie nie idę! Zejdźmy z innej strony, o! na przykład z tamtej! Tam są porządne schody, takie jak u nas. Na te nie wejdę. Spadnę i się zabiję.

Jestem zmęczona i skończyła mi się cierpliwość:

- Nie rób zamieszania i bądź wreszcie cicho, w przeciwnym razie cię tu zostawię!

Ciągnę dalej:

- Po co w ogóle wyruszyłaś w drogę! Ty do Szwecji! Też pomysł! Zmizerniejesz tam.

Jestem wkurzona i nie mam pojęcia, jak ją przekonać:

- Zniosę twoją torbę. Zejdź z wózka, no już!

Biorę ją pod ramię i podnoszę. Żali się. Nie może rozprostować kolan. Schodzi z wózka i opiera się o ścianę. Zabieram jej torbę i zjeżdżam schodami. Nane Anari patrzy na mnie z góry i, przytrzymując się ściany, przerażona gapi się na mnie i na schody. W końcu zbiera się na odwagę i idzie dwa kroki naprzód. Podnosi jedną nogę, lecz po chwili cofa się, kręcąc głową. Jestem pewna, że gdy wejdzie na schody sturla się z nich. Radzę jej:

- Siądź na pierwszym schodku i zjedź na siedząco!

- Ej, Boże, Boże! Cóż ja biedna pocznę! Nie dam rady. A synowie mówili, że Szwecja jest tuż za bramą, a podróż tam jest łatwiejsza niż pielgrzymka do Maszhadu. Powiedzieli: Tylko wsiądziesz i już jesteś na miejscu!

Rozmyślam nad swoim pechem, gdy nagle widzę dwóch wysokich Szwedów zbliżających się do schodów. Anar Banu zagradza im drogę, więc zwracają się do niej po szwedzku. Potem mówią coś do mnie, lecz i ja nie rozumiem. Delikatnie odsuwają Nane Anari na bok, jednak wciąż nie mają jak zjechać. Naradzają się, wskazując na mnie i zanim mogę cokolwiek wytłumaczyć, podnoszą staruszkę do góry. Kobieta piszczy. Ma łaskotki i chichocze. Ze śmiechu zgina się wpół i spod pachy wypadają jej buty z klamerką. Macha w powietrzu pulchnymi, krótkimi nóżkami i czepia się rąk i szyi obydwu mężczyzn. Jest ciężka. Nie jest im łatwo utrzymać ją w górze. Myślę sobie, że zaraz wszyscy troje się sturlają i na wszelki wypadek zamykam oczy. Zjeżdżają jednak cali i zdrowi i, śmiejąc się, stawiają na ziemi wykończoną Nane Anari. Mija trochę czasu zanim staruszka może złapać oddech. Pot spływa jej po twarzy, a spod chusty wysunęły się jej na wpół siwe i na wpół farbowane henną włosy. Mówi:

- Sołtys mówił o siedmiu morzach i górach, ale nie miał pojęcia, że będę jechać na bagażowym wózku i zjeżdżać ruchomymi schodami uczepiona ramion obcych mężczyzn!

Wózek zostaje na górze. Kulejąc, dochodzimy do drzwi wyjściowych. Bagażowy zerka w nasza stronę. Przywołuję go i mówię, że zapłacę, jeśli doprowadzi staruszkę pod same drzwi autobusu. Wyjaśniam: Terminal B.

Zna drogę.

Zwracam się do Anar Banu:

- Musimy się pożegnać. Ten pan odprowadzi cię do autobusu i powie kierowcy, gdzie ma cię wysadzić. Nie bój się. To są dobrzy ludzie.

Pyta mnie:

- A pani?

- Ja idę w swoją stronę.

- Moja droga...

- Idź już! Do widzenia!

Łzy płyną jej po twarzy. Bierzę mnie za rękę i trzy lub cztery razy serdecznie całuje w policzek. Wyjmuje ze swojej torby owoc granatu i podaje mi.

Owoc granatu przynoszący szczęście.

- Ach, gdyby pani mogła przylecieć do Szwecji, byłybyśmy razem! Ugotowałabym dla pani różne smakołyki. Moi synowie to złote chłopaki, Bóg wie, że mają dobre serca, przysięgam na qiblę*!

Zastanawiam się, czy ona w ogóle wie, gdzie jest qibla. Mówię:

- Dobrze. Następnym razem.

Odpowiada:

- Następny raz nie wchodzi w grę. Niedługo umrę, może nawet dziś lub jutro...

Czarnoskóry, uśmiechnięty bagażowy czeka na Anar Banu. Staruszka, bacznie mu się przygląda, po czym oddaje swoją torbę. Bierze go pod ramię i gdy powoli się oddala, odwraca się, posyłając mi najżyczliwsze spojrzenie świata.

Owoc granatu spoczywa w moich dłoniach.

Minęła godzina, muszę znaleźć swoje walizki. Wszyscy moi współpasażerowie już się rozeszli. Walizki są w składzie bagaży, który teraz jest zamknięty. Jestem głodna i zmęczona. Poza tym chce mi się spać.

Pracownik Air France dzwoni do kogoś i każe mi zaczekać kilka chwil; z kilku chwil robi się pół godziny, potem godzina. Mija cała wieczność. Siadam w oczekiwaniu.

Myślę o Anar Banu. Mówię do siebie, że pewnie już dotarła na miejsce i właśnie coś gotuje. Synowie kupili jej nowe ubrania i zamiast dużej, staromodnej chusty z wykrochmalonego materiału zarzucą jej na na głowę apaszkę z jedwabiu. Zabiorą ją na spacer, do centrum, do kina, nad morze i do ogrodu zoologicznego. Dzisiejszej nocy, po dziesięciu latach rozłąki, położy głowę na śmierdzących nogach starszego syna i zaśnie, śniąc sen piękniejszy niż zawsze!

***

Środa po południu. Minęły już trzy dni, odkąd wróciłam. Rozpakowuję walizki. Odkładam na bok irańskie manto, żeby dać je do pralni. Opróżniam kieszenie. Dwa sto tumanowe banknoty, paczka gum do żucia, zwitek papieru, zeszłoroczny kwit z pralni, rachunek z banku i bilet lotniczy.

Bilet lotniczy?!

Czytam: "Teheran-Paryż-Göteborg. Niedziela, dwudziestego dziewiątego września".

Niedziela, dwudziestego dziewiątego września.

Paryż-Göteborg.

Anar Banu Czenari.

Göteborg.

Niedziela, dwudziestego dziewiątego września.

Czuję się zdezorientowana. Myśli plączą mi się głowie. To niemożliwe. Przecież Anar Banu poleciała. Weszła do samolotu. Widziałam na własne oczy. Kładę bilet na stole. Odwrócony. Nie chcę na niego patrzeć. Nie chcę o tym myśleć. Czuję w ustach gorycz. Ogarnia mnie ogromny stres. Wpatruję się w ten cholerny bilet. Powiedziałam jej przecież:

- Jesteś roztargniona, sprawdź dokładnie, czy czegoś gdzieś nie zgubiłaś!

Sprawdziła. Miała przyciśniętą do piersi torbę i paszport w ręce.

Ale bilet? Bilet był w moich rękach. Włożyłam go do kieszeni i zapomniałam. Ale jestem głupia. Ale jestem roztrzepana. Muszę ją odnaleźć! Tylko jak i gdzie? Nie jestem w stanie się skupić, ani myśleć.

Trzeba było jej nie pomagać, nie stawać na jej drodze, spotkałaby kogoś innego... To moja wina! Wina jej synów i tego cholernego listonosza, który przyniósł list! Lecę do Szwecji! Nie, do Göteborga! Do Jazdu! Znajdę ją!

Mówiła:

- Chcę zobaczyć moich chłopaków i mocno ich przytulić; wycałować tysiąc razy, a potem złożyć głowę na ziemi i szczęśliwa umrzeć!

Zdjęcie z cyklu The Mistery of the Pomegranate, Nawid NurDzwonię do linii lotniczych Air France. Zajęte. Drugi raz wybieram numer. Trzeci. Czwarty. Dziesiąty. Cały czas zajęte. Pi pi pi pi pi pi pi. Halo. Halo - Haaalooo. Połączyłam się, ale nikt nie odpowiada. Najpierw słychać melodię, a potem głos: "Proszę chwilę czekać. Zaraz ktoś odbierze". Chwila oznacza całą wieczność. Serce podchodzi mi do gardła. Odkładam słuchawkę. Wybieram numer lotniska. Tym razem ktoś odbiera, więc proszę o listę pasażerów lotu Paryż Göteborg z dnia dwudziestego dziewiątego września po południu. Cisza. Najdłuższa cisza świata, trwająca dziesięć minut. Może połączenie zostało przerwane? Halo!!! Wrzeszczę do słuchawki: HAAAALOOOOOO!!! Głos w słuchawce mówi, że nie mają takiej listy, a gdyby nawet mieli, to nie jest do wglądu .Głos jest wzburzony. Proszę i błagam. Tłumaczę, że zgubiła się starsza kobieta, Iranka Anar Banu Czenari! Mam przy sobie jej bilet. Miała lecieć do Szwecji, do Göteborga. Z Teheranu. Halo? Ciągle przerywa połączenie. Teraz mówi ktoś inny. Zaczynam od początku. Wyjaśniam. Na liście nie ma nikogo o takim nazwisku. Dzwonię do ambasady Iranu w Paryżu. Obiecują pomoc i współpracę. Będą jej szukać, ale za trzy dni – ambasada ma teraz wolne. Dzwonię do ambasady Iranu w Szwecji. Odpowiadają, że nie zwrócił się do nich nikt o takim nazwisku. Dzwonię do przyjaciół mieszkających w Sztokholmie. Proszę i błagam, aby sprawdzili dokładnie, czy mieszkają w Göteborgu mężczyźni o nazwisku Anari lub Czenari. Ci, których szukam, pochodzą z Jazdu, jeden ma długie farbowane włosy i grywa na weselach, drugi, o czarnych włosach i oczach, jest wiecznie zły i nieuprzejmy.

Czekam. Może Anar Banu przyjdzie do głowy, żeby spytać o mój numer telefonu w punkcie informacyjnym w Paryżu? Tylko po jakiemu miałaby o to spytać?

Piątek. Sobota. Niedziela. Poniedziałek. Wtorek.

Kolejny tydzień.

Kolejny miesiąc.

I tak dalej.

Kładę na nocnym stoliku owoc granatu. Granat przynoszący szczęście. Tysiąc razy pytałam siebie, gdzie teraz jest i co robi Anar Banu. Tysiące myśli przychodzi do mi głowy, dobrych i złych. Dziś jest jeden z tych spokojnych, jasnych dni, które rzadko się zdarzają. Ptaki hałasują za oknem, a sąsiad, zwykle markotny, idzie ulicą, wesoło pogwizdując, dozorczyni natomiast, zazwyczaj złośliwa, pyta o zdrowie starego listonosza. Radosne świergotanie ptaków i niespodziewaną jasność za oknem biorę za dobry omen. Mówię sobie, że i Anar Banu, stęskniona, odpoczywa teraz po podróży, siedząc obok swoich synów, którym ugotowała fesendżun.

Myślę sobie, że pewnego, szczęśliwego dnia tam wrócę i kupię dla siebie domek z widokiem na góry i słońce. Zasadzę Panią Granat, a jej owoce rozdam sąsiadom. Ci, którzy skosztują owocu szczęścia, zrozumieją, że są dla siebie jak bracia i siostry, i z każdym rzucanym w swoją stronę spojrzeniem będą czuć w sercu dziwne ciepło, a ich wzburzone dusze uspokoją się na chwilę. To wszystko dzięki błogosławieństwu stuletniej Anar Banu, która śpi pod drzewem granatu i śni tak piękny sen, że nikt nie ma sumienia jej obudzić. Młodszy syn skomponował dla mamy porywającą melodię i zakochane granaty nucą ją sobie. Starszy natomiast został ojcem dwóch czarnookich, pulchnych dziewczynek podobnych do Anar Banu i przestał już myśleć o zemście. Szwedzka synowa jest szczęśliwa. Wieczorami przed snem powtarza sobie słowo asz*, niczym modlitwę o cud, i spokojnie zasypia. A Anar Banu, jestem przekonana, gdziekolwiek jest, we śnie, czy na jawie, myśli o swojej dalekiej podróży i o walizce, którą zostawiła nie wiadomo gdzie, o pasie bezpieczeństwa w samolocie i łaskotkach, o wózku do przewożenia bagażów, o tym, jak uczepiła się ramion dwóch obcych mężczyzn, o zgubionym bilecie i o mnie.

Czasem śni mi się jej głos:

- ...Moja kochana, przyszedł list od synów. Są teraz w Ameryce i również tam są samotni; znów wyruszyli szukać swojego miejsca. Gdzie tym razem?

Odpowiadam:

- Nie martw się! Nie oni jedni. Wszędzie są ludzie niespokojni, którzy czują się obco i nie mogą znaleźć swojego miejsca. Zobaczysz, pewnego dnia wrócą szczęśliwi. Położą się pod drzewem granatu i utną sobie drzemkę. A potem zaczną wspominać dawne czasy i znów wyruszą gdzieś w dalekie strony. Wyjazdy i powroty to też jakiś sposób na życie.

- Czego brak naszemu Jazdowi?

- Śpij i mnie też pozwól zasnąć...

Milknie. Rozmawia sama z sobą i ze swoimi synami. Nie słyszę, co mówi, a jej niewyraźna i zakurzona postać, niczym stary kształt spokojnie znika w zakamarkach snu.

tłum. Dorota Słapa

Sirat - muzułmanie wierzą, że jest to most cienki i ostry jak brzytwa, łączący świat doczesny z rajem, zawieszony nad czeluścią piekła. Sprawiedliwi przejdą po nim bezpiecznie, a grzesznicy spadną nieuchronnie w otchłań.

manto - płaszczyk noszony w Iranie przez kobiety.

tuman - oficjalną walutą w Iranie jest rial, jednak w codziennych transakcjach używa się drugiej nieoficjalnej waluty jaką jest tuman (10 riali).

Jazd - miasto w środkowym Iranie.

achemenidzki - pochodzący z okresu achemenidzkiego. Achemenidzi to pierwsza historyczna dynastia Iranu (ok. 550-330 p.n.e.).

nane - w Iranie nazywa się tak matkę, babcię, a czasem starszą kobietę.

namaz - modlitwa odprawiana pięć razy dziennie przez sunnitów i trzy razy dziennie przez szyitów, jeden z pięciu filarów islamu, obok wyznania wiary, postu, jałmużny i pielgrzymki.

rusari - chustka na głowę, stanowiąca nieodłączny element stroju kobiecego obowiązującego w Islamskiej Republice Iranu.

anari - przymiotnik, utworzony poprzez dodanie sufiksu -i do rzeczownika anar, znaczy: granatowy, w kolorze granatu.

anarak - jest perskim zdrobnieniem utworzonym przez dodanie sufiksu: -ak do rzeczownika anar, pers. granat, anarak - granacik.

czenar - pers. platan.

Ezrail - w islamie jeden z archaniołów, nazywany aniołem śmierci. Po śmierci oddziela dusze od ciała. Robi to w bardzo okrutny sposób, jeśli umierający jest magiem albo grzesznikiem, wierzącym zaś czyni to prawie bezboleśnie.

pasdarzy - Strażnicy Rewolucji, jedna z organizacji, wchodzących w skład irańskich sił zbrojnych, utworzona przez Chomeiniego w 1979 roku.

choreszt z bakłażanów - perska potrawa, podawana z ryżem, jej głównymi składnikami są mięso, bakłażany, cebula i koncentrat pomidorowy.

fesendżun - jedno z popularniejszych perskich dań, przyrządzane z orzechów, kurczaka i koncentratu z granatów, podawane z ryżem, a na północy Iranu, np. w prowincji Gilan, również z wędzoną rybą.

Lejla i Madżnun - Para beduińskich kochanków, którzy nie mogli się pobrać, ponieważ prawo zwyczajowe zakazywało tego tym, którzy wcześniej się znali. Ich tragiczne losy to jedna z najbardziej znanych wschodnich historii romantycznych, bardzo popularna zwłaszcza w kręgach oddziaływania kultury perskiej i tureckiej.

Maszhadi - muzułmanin, który odbył pielgrzymkę do Maszhadu, miasta w pn.-wsch. Iranie, w którym znajduje się mauzoleum imama Rezy - ósmego szyickiego imama. Mauzoleum to, określane jako Haram-e mottahar (Przeczyste sanktuarium) jest najważniejszym szyickim miejscem pielgrzymkowym w Iranie.

qibla - wyznaczający Mekkę kierunek, w który muzułmanie zwracają się podczas modlitwy.

asz - irańska potrawa, gęstsza od zupy. W zależności od rodzaju zawiera różne rodzaje zbóż, strączkowych, zioła i przyprawy (np. kurkuma, szafran), cebulę, mięso, olej itd.

źródło: Opowiadanie pochodzi ze zbioru pt. Dwa światy, Teheran 2002.

Autorem fotografii jest Nawid Nur. Zdjęcia należą do cyklu The Mistery of the Pomegranate.