Pierwszy dzień wakacji

Wakacje spędzaliśmy poza miastem, w starym domu z dużym ogrodem. Towarzyszyła nam ciocia Heszmat z mężem i dwoma córkami; Parwin była w moim wieku, a Parwane w wieku mojej siostry. My miałyśmy po dziesięć lat, a one o dwa więcej. Był pierwszy dzień wakacji. Dopiero co przyjechaliśmy, jeszcze godzina nie minęła. Dorośli zajęci byli porządkowaniem rzeczy w starym domu, a my postanowiłyśmy pobawić się w chowanego. - Pałka zapałka dwa kije, kto się nie schowa ten kryje… - Parwane zaczęła odliczać pierwsza. - Raz... dwa... trzy...

OgródRozbiegłyśmy się, żeby się ukryć. Sama nie wiem jak to się stało, że pobiegłam najdalej ze wszystkich i zrobiłam sobie kryjówkę za krzewami bukszpanu. Parwane skończyła liczyć do dziesięciu i zaczęła nas szukać. Parwin znalazła niemal od razu, a to dlatego, że schowała się ona nieudolnie za krzewami kwiatów. Pobiegły obie w stronę ściany. Parwane pierwsza dotknęła muru i "zaklepała". Parwin przegrała. Moja siostra schowała się za nieukończonym, niskim murkiem. Parwane nie musiała daleko chodzić, żeby ją dostrzec. Wydawało jej się jednak najpierw, że to mnie znalazła. Byłyśmy z siostrą jak dwie krople wody. Siostra wybiegła zza murka, obie rzuciły się pędem w stronę ściany, ale i tym razem Parwane była szybsza. Zostałam już tylko ja. Parwane obserwowała podejrzliwie każdy ruch w ogrodzie, niczym złodziej. Jej uwadze nie uszły nawet przelatujące muchy. Obserwowałam ją spomiędzy liści. Zaglądała między drzewka czereśni i orzechy, za krzewy kwiatowe, badała każdy niski czy to wysoki murek w ogrodzie. Bukszpany też ją zainteresowały. Ale mnie nigdzie nie było. Skierowała kroki w kierunku starego domu. Okrążyła go czujnie, zakradła się po schodkach do środka. Kiedy po chwili wyszła z domu na jej twarzy malowało się niedowierzanie i zdziwienie. Przypominała lunatyka. Przeszła bezwiednie kilka kroków, wpatrzona w jakiś odległy punkt. Kiedy zbliżyła się, zorientowałam się, że patrzy mi prosto w oczy. Teraz to już koniec - pomyślałam zrezygnowana. - Znalazła mnie. Wybiegłam zza krzaków. Ale Parwane nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi! Nie mogłam uwierzyć, że proste zasady tej starej gry pomieszały się do tego stopnia. Była oszołomiona. Stanęła i zaczęła wołać:

- Koniec zabawy! Wychodź!

Ale ja przecież już jakiś czas temu opuściłam moją zieloną kryjówkę! Słońce było wysoko na niebie. Jego promienie raziły mnie. Parwane stała tyłem do słońca, a jej twarz znajdowała się w cieniu. Jak to możliwe, że mnie nie widzi? Nie wiedząc co robić, dziewczynki poszły do domu zawiadomić dorosłych. Musiały powiedzieć im o moim tajemniczym zniknięciu, bo moja mama, która zawsze zachowuje zimną krew, tym razem wyglądała na poważnie zmartwioną. Tata rozglądał się nerwowo dookoła tymi swoimi oczami w kolorze błękitu morza i zaciągał się ukradkiem dymem papierosowym. Mąż cioci Heszmat gładził się w zamyśleniu po nie za krótkiej i nie za długiej brodzie. Od czasu do czasu podnosił głowę i szeptał coś pod nosem. Musiał myśleć, że wyrosły mi skrzydła i uniosłam się do góry, bo chyba próbował wezwać mnie po cichu do powrotu na ziemię. Ciocia, po której jasnej, pełnej światła twarzy, spływały łzy, poszła szukać mnie nad rzeką. Może spodziewała się, że będę się kąpać. Ale mnie nigdzie nie było. Ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć, że tamtego dnia, pierwszego dnia wakacji, tak łatwo stałam się dla wszystkich niewidzialna.

tłum. Joanna Hrehoruk