Nasz obyczaj

U podnóża wysokiej góry, koło źródła, stały namioty koczowników, a wśród nich był jeden mały namiot, w którym mieszkała młoda dziewczyna z babcią. Dziewczyna miała na imię Sara a jej babcia Bibi Setare.

Gabbe, płd. IranuStara kobieta, choć prawie nie widziała na oczy, od rana do wieczora siedziała przed namiotem i przędła. Sara miała inne zajęcia. Wstawała skoro świt, zabierała kozy do pasterza, aby poszedł z nimi na pastwisko, wyprowadzała konia na step, aby pobiegał, napił się wody i pojadł trawy. Po czym przynosiła ze źródła wodę i szła na step zbierać jadalne, pachnące rośliny.

Koczownicy latem wypasali stada na letnich pastwiskach, a gdy zbliżała się zima, wędrowali tam, gdzie klimat był cieplejszy. Życie Bibi Setare i Sary było spokojne i proste.

Pewnego roku nastała jednak susza i koczownicy stracili wiele owiec i kóz. Zdechły również dwie kozy i koń, które należały do Bibi Setare i Sary. Bibi Setare przejęła się tym tak bardzo, że zachorowała. Położyła się w kącie namiotu i drzemała. Sara, smutna, usiadła przy niej i nie spuszczała z niej oczu. Od czasu do czasu Bibi Setare podnosiła głowę i, wpatrując się ślepymi oczami we wnuczkę, mówiła:

- Sara, kochanie. Co teraz zrobimy? Niedługo przecież musimy stąd wyruszać.

Sara kiwała wtedy głową, zaciskała swoje małe dłonie i mówiła:

- Nie smuć się babciu. Wyzdrowiejesz, a wtedy i my pójdziemy.

Bibi Setare jednak nie zdrowiała. Sara siedziała w kącie namiotu i myślała, jak to by było dobrze, gdyby miały choć jednego konia. Myślała, że jakby miały tego konia, mogłaby babcię na niego posadzić, a sama iść pieszą razem z innymi.

Czas przekoczowania był blisko.

***

Pewnego dnia przywódca plemienia przyszedł do nich i rzekł:

- Bibi, niedługo musimy wyruszać. Lepiej będzie, jak tu zostaniesz. Nasza sytuacja jest zła. Nie mamy koni, aby cię zabrać ze sobą. Zostań tu. Sara będzie się tobą opiekować. Gdy dotrzemy na miejsce, wyślę kogoś, aby was stąd zabrał.

Bibi Setare uchyliła powieki i, patrząc niewidzącymi oczami, rzekła:

- Jeśli z wami nie pojadę, umrę. Nie mogę tutaj zostać. Serce mi tu pęknie. Zabierzcie mnie ze sobą. Step mnie uzdrowi.

Przywódca plemienia odparł:

- Nie Bibi, to niemożliwe. Wszyscy jesteśmy w trudnej sytuacji. Nikt z nas nie ma wolnego konia.

Bibi Setare ukryła twarz w dłoniach i zapłakała. Mężczyzna opuścił namiot. Sara usiadła przy babci i rzekła:

- Nie smuć się babciu. Utkam dywan i sprzedam go. Wtedy kupimy konia, a ty wsiądziesz na niego i wyruszymy w drogę zanim inni pójdą.

Bibi Setare podniosła głowę i spytała:

- Naprawdę?

- Tak babciu! Uwierz mi! - odparła Sara.

***

Następnego dnia Sara ustawiła przed namiotem krosno i zaczęła tkać dywan z wełny, którą wcześniej uprzędła jej babcia. Nanosiła nań każdą scenę, jaka tylko przyszła jej na myśl: konie, antylopy, kwiaty..., lecz wszystka wełna była biała. Jej drobne ręce uwijały się przy krośnie, a ona cicho szeptała: No dalej! Szybko się kończ! Niedługo trzeba wyruszać. Step już pełen maków. Szybko się kończ! Chcę cię zabrać na bazar i sprzedać. Chcę kupić konia, konia z czarną grzywą. Chcę kupić owce i wraz z babcią wyruszyć na zimowe pastwiska.

Dwa konie, które pojawiły się w rogu dywanu, rzekły do niej:

- Droga Saro, nikt nie kupi od ciebie białego dywanu.

Dziewczyna ze zdumieniem rozejrzała się wokół i odparła:

- Przecież mam tylko białą wełnę.

- Daj trochę czerni swoich włosów naszym grzywom i oczom, a twój dywan stanie się piękny.

Sara pomyślała chwilę, po czym rozplotła włosy i pociągnęła nimi po końskich grzywach i oczach. Te poczerniały, lecz włosy dziewczyny straciły swój kolor. Stały się takie, jakby usiadł na nich kurz.

Gabbe, płd. IranuSara znów zaczęła tkać, lecz jeszcze nie skończyła kwiatów, gdy te rzekły:

- Droga Saro, chcesz, abyśmy były czerwone, a twój dywan stał się piękniejszy i droższy?

Dziewczyna odparła:

- Tak! Byłoby wspaniale, gdybyście w połowie były czerwone, a w połowie różowe.

Wtedy kwiaty zaśmiały się i rzekły:

- Więc daj nam trochę czerwieni swoich ust i policzków.

Sara zamyśliła się. Przypomniała sobie, że babcia zazwyczaj wołała na nią Róża. Teraz jednak słyszała inne jej słowa: Jeśli nie pojadę z wami, umrę. Sara potarła policzki i usta o wełnę. Wszystkie kwiaty stały się czerwone i różowe, lecz usta i policzki dziewczyny straciły swój kolor. Dywan wypiękniał. Jej drobne ręce tkały bez odpoczynku. Usłyszała cichy głos antylop:

- Droga Saro, a co z nami? Czy widziałaś w lesie antylopę, której oczy byłyby białe?

Dziewczyna odparła:

- Nie widziałam, ale co mam zrobić? Wszystka moja wełna jest biała!

- A od czego jest czerń twoich oczu? Daj nam jej trochę! - odparły antylopy.

Sara pociągnęła rzęsami po oczach antylop. Te stały się czarne, lecz blasku w oczach dziewczyny ubyło.

***

Na kilka dni przed rozpoczęciem wędrówki, Sara skończyła tkanie i złożyła krosno. Koczownicy nie widzieli dotąd piękniejszego dywanu. Wszyscy zebrali się przed namiotem, w którym dziewczyna mieszkała wraz z babcią i podziwiali dywan. Przywódca plemienia pokręcił głową i rzekł:

- Dywan ten jest bezcenny.

Bibi Setare wyszła z namiotu i z radością przysłuchiwała się słowom ludzi. Wiedziała już, że będzie mogła wyruszyć z innymi i jechać przez step pełen maków.

Sara, zmęczona, lecz z uśmiechem na ustach, siedziała z boku. Całe piękno swojej młodości oddała dywanowi, lecz uśmiech zachowała dla siebie. Jego nikomu nie oddała, ani koniom, ani kwiatom, ani antylopom.

Od owego dnia w naszym plemieniu istnieje zwyczaj, że dziewczęta oddają dywanom, które tkają, całe piękno swojej młodości, lecz uśmiech zawsze zachowują dla siebie.

tłum. albert kwiatkowski

źródło: Mahdocht Kaszkuli, Rasm-e ma, sahm-e ma, Enteszarat-e Fatemi, Teheran 1362.