Bajka o padyszachu i jego synach

Dawno, dawno temu żył sobie król, który miał dwie żony. Z pierwszą miał trzech synów, których bardzo kochał i spełniał wszystkie ich zachcianki. Z drugą zaś miał tylko jednego, który był łysy i którego nie kochał. Pewnej nocy ujrzał we śnie Roześmianą Różę, kobietę, dzięki której mógłby stać się najszczęśliwszym mężczyzną na świecie. Kiedy się obudził, był smutny, gdyż nie wiedział, jak może ją zdobyć. Myślał tylko o niej i zupełnie nie zwracał uwagi na to, co działo się wokół. Gdy jego ukochani synowie zobaczyli go w tym stanie, zapytali: "Co cię trapi ojcze, czym się zamartwiasz?"

"Dręczy mnie ból, którego nie możecie uleczyć" - odparł.

Chłopcy jednak nie dawali za wygraną i gdy w końcu ojciec opowiedział im o śnie, postanowili spełnić jego marzenie. Również niekochany syn przyszedł do ojca i poprosił: "Pobłogosław i mnie, bo chcę jechać razem z nimi."

"A czym ty jesteś, że chcesz spełnić moje marzenie?" - oburzył się król.

"Co by nie było i tak pojadę" - upierał się młodzieniec i władca, chcąc nie chcąc, dał mu pozwolenie.

Trzej starsi synowie okulbaczyli piękne rumaki, przygotowali dużo prowiantu i ruszyli w drogę. Najmłodszy zaś pojechał za nimi na kulawym koniu. Po kilku dniach dotarli do miejsca, gdzie droga się rozwidlała. Leżał tam duży kamień, na którego jednej stronie był napis: "Droga tam i z powrotem", a na drugiej: "Droga bez powrotu".

"Którą drogę wybieracie?" - zapytał łysy.

"Tę, która prowadzi tam i z powrotem" - odparli bracia.

Gdy to usłyszał, pożegnał się z nimi i ruszył w drogę "bez powrotu". Po kilku dniach dotarł na skraj pustyni. Przed nim, w oddali, wznosiła się jakaś biała twierdza, tak wysoka, że sięgała nieba. "Za wszelką cenę muszę tam pojechać" - postanowił. Kiedy stanął przy jej murach, zdumiał się, gdyż nigdzie nie było wejścia. Szukał go i szukał, lecz na próżno. W końcu zauważył w najodleglejszym miejscu muru jakiś mały otwór. "Cokolwiek miałoby się stać, przejdę przez tę dziurę. Wszystko inne nie jest ważne!" - zdecydował. Po czym wyszeptał imię Allaha i wszedł do twierdzy. W środku było wiele izb, lecz tylko jedna z nich była otwarta. Ujrzał tam piękną kobietę, która siedziała w kącie i płakała.

"Witaj pani! - pozdrowił ją. - Kim jesteś i czyja to twierdza?"

"Najpierw ty opowiedz mi o sobie" - odparła, a usłyszawszy o wszystkim, westchnęła i rzekła: "Nie dość, że mnie spotkało nieszczęście, to jeszcze ty musisz się w nie pakować? Byłam ukochaną córką padyszacha, lecz zakochał się we mnie Biały Dew, po czym porwał i tu przyniósł. Jest on tak silny, że nikt nie ma odwagi mu się przeciwstawić. Szybko uciekaj mój drogi! Wracaj skąd przyszedłeś!"

On jednak zaśmiał się tylko. "Sługą twoim jestem - rzekł, - a mój los wcale nie jest lepszy od twojego. Będzie tak, jak Bóg zechce." Po chwili dodał: "A teraz daj mi coś do jedzenia, bo bardzo zgłodniałem."

Kiedy się posilił i chciał iść spać, zobaczył, że zbliża się wielki tuman kurzu. Był to Biały Dew. Jak tylko wszedł do twierdzy, krzyknął: "Tfu, tfu! Czuję człowieka! Kim jesteś, że tu przybyłeś? Strachu nie znasz? Ja ptakom pióra palę, zwierzętom gardła rozrywam! Wyłaź!"

Młodzieniec wyszedł, a kiedy dew go zobaczył, rzekł: "Mów zaraz, jak masz na imię, abyś nieznany nie ginął."

"Na imię mam Rustam Chan - odparł królewicz. - A ty kim jesteś, psie, że chcesz mnie zabić?"

To rzekłszy, rzucił się na dewa i zwyciężył go z pomocą dziewczyny.

"Mój drogi wybawco! - wykrzyknęła królewna. - To nie koniec. Takich demonów jest jeszcze trzech i każdy z nich więzi dziewczynę. Ostatni to Czarny Dew."

"Bóg jest łaskawy i dzięki jego pomocy jakoś się z nimi uporam" - odparł. Po czym wyruszył w drogę, a dziewczynie przykazał nigdzie nie wychodzić do czasu, aż nie wróci. Jechał i jechał i przybył do drugiej twierdzy, a potem do trzeciej i do czwartej. W ostatniej pokonał Czarnego Dewa i wybawił z jego niewoli piękną dziewczynę.

"Chcę zdobyć Roześmianą Różę. Możesz mi wskazać do niej drogę?" - zapytał.

Ta ciężko westchnęła i rzekła: "Cóż za niedorzeczne myśli chodzą ci po głowie! Nie wiesz na co się porywasz. Chcesz sprowadzić na siebie nieszczęście."

Rustam jednak nie słuchał jej i w końcu dziewczyna zgodziła się wskazać mu drogę: "Najpierw - rzekła - napotkasz krzywą wierzbę, potem trzeszczący most, a jeszcze dalej słone jezioro... Dopiero wtedy dotrzesz na miejsce."

Królewicz ruszył w drogę. Po pewnym czasie zobaczył krzywą wierzbę i gdy ją mijał, rzekł: "Och! Cóż za proste drzewo." Potem dotarł do trzeszczącego mostu i gdy przez niego jechał, rzekł: "Och! Cóż za mocny most." Jechał dalej, aż stanął nad brzegiem słonego jeziora. "Och! Cóż to za słodka woda" - powiedział. Kiedy przeprawił się przez nie, zobaczył wielką stajnię. Wszedł do niej. W środku były psy, przed którymi leżało siano i krowy, przed którymi leżały kości. Siano dał krowom, a kości psom, po czym wyszedł. Niedaleko była twierdza. Otworzył bramę, wszedł do środka i kiedy usłyszał głośny dzwonek, natychmiast rzekł: "Och, jak tu spokojnie." W izbie spała jakaś kobieta. Po cichu przywiązał ją za włosy do łóżka, wziął Roześmianą Różę oraz wielką ilość kosztowności i opuścił twierdzę. Kobieta obudziła się i zobaczywszy, że jest przywiązana, krzyknęła: "Psy łapcie intruza!"

"Kładłaś przed nami siano, a on dał nam kości!" - odparły.

Ponownie krzyknęła: "Trzeszczący moście, zatrzymaj go!"

"Nazwałaś mnie trzeszczącym, a on nazwał mnie mocnym!" - odparł.

"Słona wodo, zatrzymaj go!" - nie dawała za wygraną kobieta.

"Nazwałaś mnie słoną, a on mówił, że jestem słodka!" - odparła woda.

W ten sposób młodzieniec zdołał uciec. Po czym zebrał wszystkie skarby dewów, załadował je na konia i razem z dziewczynami, które uratował z niewoli, ruszył w drogę powrotną, do domu. Po kilku dniach dotarł na rozstajne drogi, gdzie leżał ów kamień, który wskazał mu drogę "bez powrotu". Postanowił odszukać braci i zobaczyć, co się z nimi dzieje. Odpoczął trochę, po czym udał się do miasta. Szukał ich po całym bazarze, aż w końcu trafił do rzeźni. Tam jego najstarszy brat był czeladnikiem.

"Bracie, co tu robisz i gdzie są pozostali?" - dziwił się Rustam.

"Skończyły nam się pieniądze, więc wyuczyliśmy się różnych zawodów i zarabiamy na życie" - rzekł królewicz, po czym zapytał: "A ty czego dokonałeś?"

"Spełniłem marzenie ojca" - odparł.

Usłyszawszy to, jego brat zaśmiał się: "Doprawdy to dziw nad dziwy, że ci się udało."

"No cóż, a jednak tak się stało. Teraz idź, przyprowadź braci i umyjcie się" - polecił Rustam.

Potem każdemu z nich dał dziewczynę i dobrego konia. Kiedy młodzieńcy zobaczyli bogactwa, jakie zgromadził, ugodzili się: "Musimy łysego zabić. Gdy wrócimy do domu, ojciec powie: on spełnił moje marzenie, a wy co, nie potrafiliście?"

Naradzili się więc, co robić. Po czym umocowali przed namiotem bardzo ostry miecz, a gdy nadeszła północ, krzyknęli: "Bracie, wstawaj szybko! Cały twój majątek ukradli złodzieje."

Rustam zbudził się i zdenerwowany wybiegł z namiotu. Wtedy nadział się na miecz, który odciął mu obie nogi. Upadł na ziemię, a bracia wzięli Roześmianą Różę oraz wszystkie skarby i odjechali. Kiedy przybyli do domu, ojciec ucieszył się i gorąco ich witał, lecz Roześmiana Róża była bardzo cicha.

Posłuchajmy teraz o tym, co stało się z Rustamem. Otóż miał on psa, który zawsze mu towarzyszył. Gdy tak leżał, nie mogąc się ruszyć, pies biegał nad źródło, moczył w nim ogon, po czym wracał do swego pana i wkładał mu ogon w usta, aby nie umarł z pragnienia. Tak minęło kilka dni, aż pewnego razu, na gałęzi drzewa, które rosło przy źródle, usiadły dwa ptaszki: papuga i sójka.

"Sójko! Sójko! - krzyknęła nagle papuga. - Kto uderzy się moim piórkiem w brodę, temu włosy posiwieją i starcem się stanie."

"A kto uderzy się moim piórkiem w brodę - odparła sójka, - temu z powrotem wrócą siły."

Gdy pies to usłyszał, pobiegł szczęśliwy do swojego pana i opowiedział mu o wszystkim. Po czym dodał: "Chwyć mnie mocno za ogon, a zaciągnę cię nad źródło."

I jak powiedział, tak zrobił. Papuga znów krzyknęła: "Każdy kto wejdzie do tego źródła, odzyska zdrowie!"

Pies, jak tylko to usłyszał, wrzucił do wody nogi Rustama, a potem jego samego i młodzieniec, z bożą pomocą, wyzdrowiał. Wtedy oba ptaszki zrzuciły po jednym swoim piórku i odleciały. Królewicz podniósł je i ruszył w drogę.

Zostawmy go na razie w tej podróży i posłuchajmy o jego braciach. Minęło kilka dni od ich powrotu, a Roześmiana Róża nadal milczała. Jedna z dziewczyn, ta, którą więził Czarny Dew, myślała wciąż o Rustamie, lecz król zapomniał już o swoim łysym synu i chciał ją oddać za żonę wezyrowi. Posłuchał jej jednak i zgodził się poczekać czterdzieści dni. Dziewczyna poprosiła go również, aby wyprawił wielki chejrat*, na którym każdy mógłby opowiedzieć jakąś historię. A tak się akurat złożyło, że tego dnia Rustam przyjechał do miasta. Jak tylko wjechał, uderzył się piórem papugi w brodę i natychmiast przemienił się w osiemdziesięcioletniego starca o białych włosach. Potem udał się na cheirat. Tam różni ludzie opowiadali swoje historię, lecz dziewczyna nie była z nich zadowolona. W końcu wystąpił jakiś starzec i rzekł: "Ja również znam jedną historię."

"Mów!" - rozkazał władca.

I starzec zaczął opowiadać o swoim życiu, o braciach, o tym jak zabił dewy i uwolnił dziewczyny, a kiedy powiedział: "...nieszczęśliwemu bratu obcięli nogi", Roześmiana Róża roześmiała się głośno i skinęła głową, co miało znaczyć, że to prawda. Królewicze poderwali się z miejsc i krzyknęli: "Zamilcz kłamco! Czy to jest ta twoja historia?"

Król uciszył ich i starzec mówił dalej. Kiedy skończył, dziewczyny, które uwolnił z niewoli dewów, zapewniły władcę, że to wszystko prawda. Starzec uderzył się w brodę piórem sójki i wrócił do swojej postaci. Rzekł: "Drogi ojcze! Tak bardzo się dla ciebie trudziłem, a ty o mnie zapomniałeś. Moi bracia zaś siedzą teraz tam w górze, przy tobie, patrzą i dziwią się, gdyż myśleli, że mnie zabili."

Jego matka, zobaczywszy go, ucieszyła się i dziękowała Bogu. Król wygnał swoich starszych synów wraz z ich matką na pustynię, a Rustamowi wyprawił wspaniałe wesele. I tak oto łysy młodzieniec osiągnął swój cel, a jego ojciec, dzięki Roześmianej Róży, stał się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Bóg pomógł im osiągnąć cel, pomoże i nam.

tłum. albert kwiatkowski

chajrat -rodzaj przyjęcia urządzanego przez władcę lub wielmożę dla ludzi.

źródło: Rouszan Rahmani, Afsaneha-je dari, Teheran 1998, s. 360-367.