Babe Szurszuri

Dawno, dawno temu żył sobie starzec, który miał trzy córki i żonę. Od rana do wieczora ciężko pracował, lecz stać ich było tylko na suchy chleb. Pewnego razu powiedział: "Żono! Już nie mam sił i głodny jestem. W nocy, kiedy dziewczęta będą spały, ugotujemy coś."

"Gdy usną - odparła kobieta, - z mąki, która nam została, upiekę chałwę. Pracujesz całymi dniami i zasługujesz, aby czasem lepiej zjeść."

Dziewczęta usłyszały tę rozmowę. O północy staruszek obudził się i rzekł: "Żono wstań i upiecz chałwę."

Kobieta wstała, tu szukała tam szukała, lecz nigdzie nie mogła znaleźć woreczka z mąką. Zapytała: "Mężu, nie wiem, gdzie jest mąka?"

Wtedy jedna z córek krzyknęła: "Mąka jest pod moją głową."

"Bądź cicho, nie krzycz tak, bo obudzisz siostry" - zganiła ją matka.

Znów szukała i szukała i w końcu zapytała: "Gdzie jest garnek?"

Druga z córek krzyknęła: "Mamo, ja mam garnek."

"Bądź cicho, bo zbudzisz siostrę" - zganiła ją matka.

Wzięła garnek i znów tu szukała tam szukała, ale nie mogła znaleźć miski. Zapytała: "Gdzie jest miska?"

Trzecia z córek krzyknęła: "Miskę mam pod głową."

Wtedy siostry wstały i wszyscy zjedli chałwę, a starzec dalej był głodny. Po tym jak pojedli, a dziewczyny usnęły, zwrócił się do żony: "Nie mamy wyjścia. Musimy córki wyprowadzić na pustynię i zostawić tam pod opieką Boga."

"Dobrze - zgodziła się kobieta. - Rano im powiedz, że weźmiesz je do ich ciotki, aby niczego nie podejrzewały."

Z tym postanowieniem zasnęli. Rano ojciec powiedział do dziewcząt: "Umyjcie się i ubierzcie, ponieważ zabieram was do ciotki."

Siostry umyły się i założyły sukienki. Starzec wziął kilka kawałków suchego chleba oraz worek z wodą i ruszyli w drogę.

Szli i szli, aż pod wieczór znaleźli się na pustyni. Zjedli chleb, a gdy się ściemniło ojciec rzekł: "Pójdę za potrzebą. Wy tu zostańcie."

Po czym poszedł za jakieś kamienie, przebił worek z wodą i wrócił do domu. Dziewczęta czekały na ojca, ale nie przyszedł. Wołały, ale nie odpowiadał. Całą noc go szukały, lecz wokół, jak okiem sięgnąć, nie było żywego ducha. Nie miały wody i zostały same. Wtedy starsze siostry zaczęły szturchać i popychać najmłodszą i tak do niej mówiły: "Ojciec bardzo cię kochał. Odejdź od nas i idź sobie do niego."

Nazi rozpłakała się i odparła: "Gdyby mnie kochał, nie wyrzuciłby mnie z domu"

"Nie wolno ci iść drogą, którą my pójdziemy. Dla ciebie jest ciernista droga" - rozkazały.

I tak starsze siostry poszły drogą prostą i wygodną, a Nazi weszła na ścieżkę, na której było pełno kamieni i cierni. Gdy nogi już jej bardzo krwawiły, pomodliła się: "Boże! Jaka szkoda, że nie mamy butów, które mogłybyśmy założyć."

Po chwili zobaczyła przed sobą trzy pary butów. Szczęśliwa krzyknęła: "Popatrzcie, buty! Jedna para dla mnie i dwie pary dla was. Pozwólcie mi, proszę, iść teraz razem z wami."

"Dobrze chodź do nas, już ci wybaczyłyśmy" - odparły siostry.

Ale wkrótce znów były złe na Nazi. "To wszystko twoja wina, że ojciec nas zostawił - mówiły. - Był dla ciebie dobry i na pewno o wszystkim wiedziałaś. Dlaczego nic nam nie powiedziałaś?"

Po czym wygnały ją na ciernistą drogę. I znów Nazi szła sama. Chciało jej się jeść i pić.

"Boże! - zawołała. - Jaka szkoda, że nie mamy chleba i wody."

Ledwo to powiedziała, a zobaczyła przed sobą dzbanek i chleb. Szczęśliwa zawołała: "Popatrzcie! Chleb i woda! Chodźcie, posilimy się. Pozwólcie mi tylko iść razem z wami. Samej tak mi straszno."

"Już nie mamy do ciebie żalu - odparły siostry. - Chodź do nas, razem się posilimy."

Zbliżał się wieczór, kiedy dotarły do podnóża góry, której wierzchołek sięgał nieba. Rozejrzały się wokół i zobaczyły bramę. Otworzyły ją i weszły do środka. Było tam wiele izb, a jedna piękniejsza od drugiej. We wszystkich znajdowało się mnóstwo ziarna, a na podłogach leżały jedwabne dywany. Nigdzie jednak nikogo nie widziały. Chodziły tu, chodziły tam, aż nastał czas wieczornej modlitwy. Wtedy usłyszały jakiś głos przy bramie. Ukryły się w kącie i wyglądały ciekawe, kto przyjdzie. Po chwili do środka weszła małpa, a za nią krowy, wielbłądy, konie, osły, owce, kury, a było ich tysiące. Kiedy wszystkie zwierzęta weszły do twierdzy, małpa zamknęła bramę i rozkazała: "Krowy, idźcie do obory, wielbłądy i konie do stajni, owce niech idą do owczarni, a kury do kurnika."

Następnie zaryglowała drzwi wszystkich pomieszczeń i poszła do siebie, a siostry cały czas obserwowały ją ze swojej kryjówki. Małpa krzątała się tu i tam mrucząc coś pod nosem.

"Co by tu zjeść?" - pomyślała na głos i zaraz sama sobie odpowiedziała: "Wezmę trochę ryżu, zabiję owcę, ugotuję pilaw i podjem sobie porządnie."

Po chwili jednak wykrzyknęła: "Śmierć mnie pożre! Proch mnie pożre!"

I znowu zaczęła rozmyślać: "Jestem głodna, co by tu zjeść?"

"Zabiję kurę, upiekę i zjem" - postanowiła, lecz po chwili wykrzyknęła: "Śmierć mnie pożre! Proch mnie pożre!"

I tak to się ciągnęło, aż wymieniła wszystkie smaczne potrawy. W końcu zagniotła z jęczmiennej maki ciasto i zjadła. Potem znów pomyślała na głos: "Gdzie teraz odpocząć?"

"Na łóżku zasłanym aksamitem będzie mi dobrze" - rozmarzyła się. Po chwili jednak wykrzyknęła: "W prochu dobrze! W grobie dobrze! Przyniosę derkę i na niej się prześpię."

Jak powiedziała tak zrobiła i bardzo jej było wygodnie. Kiedy usnęła, dziewczyny wyszły z ukrycia, przygotowały sobie jedzenie, napiły się herbaty, a widząc, że nie mają stąd wyjścia, poszły spać do innej izby.

O świcie małpa obudziła się i poszła do kuchni. Rozpaliła w piecu i kiedy krzątała się koło niego, siostry podeszły ją z tyłu i wepchnęły w ogień. Trzymały ją tam dopóki całkiem się nie spaliła, a jej prochy wrzuciły do rzeki. Potem wypuściły zwierzęta, aby poszły się paść. Gdy nastał wieczór i zwierzęta wróciły, jedna z dziewczyn rozkazała: "Krowy, marsz do obory, wielbłądy i konie do stajni, a kury do kurnika."

Po czym zamknęły bramę i wyznaczyły sobie role: każdej nocy jedna z nich miała zamykać twierdzę i zaganiać zwierzęta do przeznaczonych dla nich pomieszczeń. Tak płynął czas, aż pewnego dnia siostry odkryły izby wypełnione po brzegi wełną. Przyniosły kołowrotki i zabrały się za przędzenie. Mijały dni i tygodnie i w końcu zapomniały, że zostały wygnane z domu. Zwykły mawiać: "Szkoda, że nie ma z nami rodziców."

Pewnej nocy najstarsza z sióstr zapomniała zamknąć bramę. Było ciemno, kiedy rozległ się głos: "O Boże, Panie mój." Po czym pod bramą stanął kalandar* i krzyknął: "Przędźcie, przędźcie dziewczynki! Nie męczcie się! Dajcie jeść kalandarowi!"

Siostry przestraszyły się i rzekły do najstarszej: "Dziś ty pilnujesz bramy. Idź, daj mu jedzenie i zamknij bramę."

Dziewczyna zaniosła jedzenie, ale biedak zamiast odejść, krzyknął: "Przędźcie, przędźcie dziewczynki! Nie męczcie się! Dałyście jeść kalandarowi, a gdzie woda dla niego?"

Siostry znów rzekły do najstarszej: "Idź, daj mu wodę. Niech wreszcie sobie pójdzie."

Kalandar wziął wodę, po czym krzyknął: "Przędźcie, przędźcie dziewczynki! Nie męczcie się! Dałyście jeść kalandarowi, dałyście mu pić, a gdzie on ma przenocować?"

Najstarsza siostra pokazała mu miejsce na nocleg, jednak po chwili znów rozległ się głos: "Dałyście jeść i pić kalandarowi, dałyście mu nocleg, a gdzie nałożnica dla niego?"

Słysząc to, dziewczyny rozpłakały się, a strach całkiem odebrał im mowę. W końcu najstarsza z nich poszła do kalandara. Kiedy nastał ranek siostry pobiegły zobaczyć, co się z nią dzieje, lecz nigdzie jej nie było. Zrozumiały, że kalandar musiał ją zabrać ze sobą i bardzo po niej płakały. Odtąd pilnowały, żeby twierdza w nocy była zamknięta i spały czujnie. Tak minął miesiąc i drugi, aż pewnego wieczoru średnia siostra zapomniała o swoim obowiązku i zostawiła bramę otwartą. Było już ciemno, kiedy nagle usłyszały znajomy głos: "Przędźcie, przędźcie dziewczynki! Nie męczcie się! Dajcie strawę kalandarowi!"

Średnia siostra zaniosła jedzenie, ale po chwili biedak krzyknął znowu: "Przędźcie, przędźcie dziewczynki! Nie męczcie się! Gdzie woda dla kalandara? Gdzie ma on spać? Gdzie jego nałożnica na noc?"

Dziewczyna poszła do niego, a kiedy nastał ranek nie było po niej śladu. Biedna Nazi została sama i całymi dniami płakała po stracie sióstr. Tak płynął czas, aż pewnego razu znalazła małego kotka, dała mu na imię Nazi i odtąd miała towarzysza w niedoli. Minął miesiąc lub dwa i znów przed bramą stanął kalandar. Powiedział: "Chodź ze mną, a zaprowadzę cię do twoich sióstr."

Nazi wzięła kotka i poszła z kalandarem. Już się nie bała, bo wkrótce miała spotkać siostry. Szli i szli, aż doszli do zamku, w którym mieszkał biedak. Nie było tam jednak żadnej z dziewczyn, a Nazi ze strachu nie pytała o nie. Kalandar przyniósł ludzki nos i ucho i kazał jej zjeść, po czym wyszedł. Dziewczyna ugotowała je i dała swojemu kotu, ten zjadł i poszedł spać do kąta. W południe wrócił kalandar i zapytał: "Nazi zjadłaś to, co ci dałem?", a gdy potaknęła, zagroził: "Nie kłam, bo zabiję cię, jak twoje siostry."

"Mówię prawdę..." - drżała dziewczyna.

Nagle krzyknął: "Ucho, nosie! Gdzie jesteście?"

"W brzuchu Nazi" - odparły.

Trzy razy pytał i trzy razy słyszał odpowiedź: "W brzuchu Nazi". W końcu uwierzył i bardzo się ucieszył. Uściskał dziewczynę i oznajmił: "Od dzisiaj będziesz moją żoną. Wszystko, co mam należy do ciebie." Po czym pokazał jej pewną izbę i dodał: "Zaglądaj tu codziennie, abyś się nie nudziła, gdyż mnie za dnia nie będzie w domu."

Gdy następnego dnia Nazi zajrzała do owej izby, zobaczyła w środku wielu młodych ludzi, związanych i zakutych w łańcuchy.

"Co tu robicie?" - zapytała.

"Ten demon porwał nas z drogi, przyprowadził tu i uwięził. Bardzo się tu nudziliśmy, więc nauczyliśmy się wszelkich prac."

Dziewczyna codziennie odwiedzała rzemieślników. Pewnego razu zaproponowała im: "Jeśli wykonacie, co powiem, uwolnię was."

"Jesteśmy na twoje rozkazy! Zrobimy wszystko, co każesz!" - odparli.

"Zróbcie skrzynię moich rozmiarów - powiedziała Nazi - oraz klucz, za pomocą którego będę mogła nią sterować: gdy przekręcę go w prawo, skrzynia wzbije się w powietrze, a gdy w lewo, wyląduje na ziemi."

Więźniowie ucieszyli się i rzekli: "Będzie gotowa za tydzień."

I dotrzymali słowa. Kiedy po tygodniu dziewczyna przyszła do nich, skrzynia na nią czekała. Była jej rozmiarów, miała okno i klucz taki, jaki chciała. Nazi bardzo się ucieszyła i z radości skakała i klaskała w ręce.

"Ukryjcie ją dobrze, a gdy przyjdzie czas, uwolnię was i razem stąd uciekniemy" - powiedziała.

Zrobili, jak im kazała. Kiedy nastała noc pojawił się kalandar i rzekł: "Śpiący jestem. Pójdę do jaskini, i pośpię sobie czterdzieści dni i nocy. A ty Nazi zaglądaj do niewolników, aby nie było ci nudno."

"Dobrze! O wszystkim będę pamiętać" - odparła dziewczyna, z trudem kryjąc radość.

Kiedy rankiem kalandar poszedł w góry, Nazi zdjęła z niewolników łańcuchy i rzekła: "Weźcie tyle złota i kosztowności, ile chcecie i idźcie. Jesteście wolni!"

Następnie kazała im przeszukać dom i poznosić w jedno miejsce wszystkie koce i szmaty, a sama poszła do jednej izby, gdzie były dwa baseny: złoty i srebrny. Wykąpała się w obu i wyszła z wody taka piękna, że wszyscy się dziwili. Potem przygotowała prowiant na drogę i podpaliła koce i szmaty. Wzięła ze sobą piękne stroje i kosztowności, wsiadła do skrzyni i przekręciła klucz w prawo. Skrzynia wzbiła się w powietrze. Leciała i leciała, sam Bóg wie, ile tysięcy farsangów.* W końcu wyjrzała przez okno i zobaczyła w dole zieloną łąkę. Przekręciła klucz w lewo i wylądowała. Na łące nie było żywej duszy. Wysiadła ze skrzyni i ukryła ją w krzakach.

A tak się złożyło, że łąka ta należała do królewicza, którego ojciec rządził w pobliskim mieście. Ów młodzieniec kazał koniuszym zaprowadzić na nią swojego konia, mówiąc: "Przywiążcie go tam. Niech pobędzie czterdzieści dni z dala od człowieka, aby dobrze sobie pojadł i przytył."

Po nocy spędzonej w skrzyni, Nazi wyszła na łąkę. W blasku poranka wyglądała niczym słońce, które zeszło na ziemię. Przywiązała sznurek do gałęzi drzewa i cały dzień huśtała się na nim, jak na huśtawce, a koń nie tknął trawy tylko patrzył na nią. Tak mijały dni. Po tygodniu królewicz kazał przyprowadzić konia. Zdziwił się jednak, gdy go zobaczył, ponieważ koń, zamiast przytyć, był sto razy chudszy. Zapytał koniuszych: "Kto z was był na łące?"

"Nikt tam nie chodził, panie" - odparli.

Królewicz zrozumiał, że koń musiał kogoś zobaczyć.

"Zabierzcie go tam z powrotem" - rzekł, a słudzy zrobili jak kazał.

Następnego dnia, zanim jeszcze zaczęło świtać, przyszedł na łąkę, ukrył się za drzewem i czekał. O wschodzie słońca zobaczył, że zza krzaków wyszła, niczym wschodzące słońce dziewczyna, piękna jak księżyc w pełni. Przywiązała sznurek do gałęzi drzewa i huśtała się na nim jak na huśtawce. Koń, jak tylko ją zobaczył, podniósł łeb znad trawy i przestał jeść. W końcu Nazi zmęczyła się i wróciła do swojej kryjówki. Wtedy królewicz wezwał służących i poszli za nią. Za krzakami zobaczyli skrzynię i postanowili zabrać ją do zamku. Kiedy nastała noc królewicz odprawił wszystkich, a sam stanął przed skrzynią i krzyknął: "Kimkolwiek lub czymkolwiek jesteś, duchem, pari,* czy kobietą, natychmiast masz wyjść! Jeśli mnie nie posłuchasz porąbię skrzynię na drobne kawałki!"

Po chwili drzwi od skrzyni otwarły się i wyszła z niej ta sama dziewczyna, która huśtała się na łące. Jak tylko królewicz ją ujrzał, zakochał sie w niej do nieprzytomności.

"Kim jesteś i co tu robisz?" - chciał wiedzieć, a kiedy już wszystko usłyszał, poprosił, aby została jego żoną.

"Wiedz, że dopóki żyje czarownik, znajdzie mnie i zabierze ze sobą."

"Cokolwiek by się stało, zawsze będę przy tobie i będę cię kochał" - przyrzekł młodzieniec.

Wtedy dziewczyna zapłakała. "Przypomniałam sobie rodziców, których bieda zmusiła, aby wygnali mnie i moje siostry na pustynię" - rzekła.

"Smucę się razem z tobą, lecz teraz prześpij się trochę" - poprosił królewicz.

Kiedy nastał ranek i wszyscy zobaczyli Nazi, nie mogli się wprost nadziwić jej urodzie. "Czy to pari czy człowiek?" - pytali. Królewicz przedstawił ją swoim rodzicom.

"To moja narzeczona" - oznajmił, po czym wysłał gońców, aby sprowadzili jej ojca i matkę.

Posłuchajmy teraz o staruszku, który wyrzekł się swoich córek. Otóż wrócił on do domu i już następnego dnia zaczął żałować tego, jak postąpił. Dzień i noc płakał razem ze swoją żoną, aż z tej rozpaczy oboje całkiem oślepli. W biedzie i bezradności mijały ich dni, aż pewnego razu królewski posłaniec przywiózł im wieści o Nazi. Kiedy je usłyszeli, wrócił im wzrok i pojechali do niej. Gdy w końcu ją ujrzeli, rozpłakali się i tak bardzo cieszyli się z jej szczęścia, że całkiem zapomnieli o pozostałych córkach.

Królewicz ogłosił w mieście wielkie uroczystości weselne, które trwały siedem dni i nocy. Minął rok i Bóg dał im syna. Żyli sobie szczęśliwie, aż pewnej nocy jakieś głosy wyrwały Nazi ze snu. Była północ i wołał ją czarownik. Zlękła się, po czym wstała i zobaczyła, że wszyscy śpią.

"Nazi! - rozległ się ponownie głos kalandara. - Sprytnie uciekłaś, niszcząc mi życie! W końcu jednak odnalazłem cię. Chodź tu do mnie!"

Nazi myślała, że to jakiś koszmarny sen, lecz ile by się nie starała, nie mogła się z niego obudzić.

"Możesz robić co chcesz, a i tak nikt cię nie usłyszy!" - rzekł czarownik.

Dziewczyna biegała po zamku i wołała o pomoc, lecz wszyscy spali jak zabici.

"Szybko schodź na dół" - ponaglił kalandar.

Nazi wyjrzała przez okno i zobaczyła, że ustawił on na dziedzińcu wielki garnek, wysmarował go masłem i rozpalił pod nim ogień.

"Pozwól, że się jeszcze pomodlę" - poprosiła.

"Rób co chcesz, tylko się pospiesz" - padła odpowiedź.

Dziewczyna pobiegła na dach i z całych sił wołała o pomoc. Kiedy już straciła nadzieję, że ktokolwiek ją usłyszy, pojawiła się na dachu mysz.

"Nazi, dlaczego tak krzyczysz? - zapytała. - Czarownik uśpił wszystkich od siódmego poziomu nieba do siódmego poziomu ziemi. Nikt ci nie odpowie, nawet jeśli będziesz tak krzyczeć przez dziesięć dni. Ja nie śpię, gdyż przyszłam tu właśnie z siódmego poziomu ziemi. Bardzo mi cię żal, więc powiem ci, co masz robić. Otóż tajemnica tego snu leży w pewnym szkiełku, które znajdziesz w niszy za twoim mieszkaniem. Kiedy je rozbijesz, wtedy czary przestaną działać."

Usłyszawszy to Nazi pobiegła ile sił w nogach, odszukała szkiełko i jak tylko je rozbiła wszyscy się obudzili.

"Dlaczego śpicie, kiedy czarownik chce mnie skrzywdzić?" - zapytała.

"Idź do niego, lecz nic nie mów o tym, co się stało - odparli. - Niech myśli, że nadal śpimy. Znajdziemy na niego sposób."

Dziewczyna wyszła z zamku i kiedy podeszła do kalandara, ten rzekł: "Chodź tu Nazi i obejdź garnek trzy razy."

"Sama go nie obejdę. Zróbmy to razem" - odparła.

Kalandar zgodził się, a gdy okrążał garnek, królewicz i jego słudzy podeszli go od tyłu, chwycili za ręce i nogi i wepchnęli do środka. Trzymali go tam dopóki całkiem się nie spalił. Po czym jego prochy wrzucili do rzeki i odtąd żyli długo i szczęśliwie.

tłum. albert kwiatkowski

kalandar - wędrowny derwisz, którego cechuje nieuznawanie wszelkich praw, zasad, reguł, umów i konwenansów, jakie funkcjonują w społeczeństwie.
farsang -starożytna miara długości w Iranie wynosząca około 5,5 kilometra.
pari - rodzaj ducha. W Aweście i literaturze średnioperskiej były to istoty złe i wrogie ludziom, utożsamiane często z dżinnami. W klasycznej poezji pari stała się synonimem pięknej kobiety. W literaturze ludowej pari to najczęściej istoty przyjazne ludziom.

źródło: Rouszan Rahmani, Afsaneha-je dari, Teheran 1998, s. 98-112.