Bajka o Zardperi i Szirafganie

Dawno, dawno temu żył sobie król, który miał syna jedynaka. Chłopiec był piękny i dzielny, a na imię było mu Szirafgan.* Rósł bardzo szybko i z każdym dniem w dwójnasób przybywało mu sił. Pewnej nocy zobaczył we śnie peri, która była piękna niczym księżyc w pełni. Usłyszał też jej słowa: "Szirafganie! Obudź się i przyjdź do ogrodu. Czekam tam na ciebie w zakątku."

Królewicz zbudził się i poszedł. W ogrodzie zobaczył peri, tę samą, która przed chwilą ukazała mu się we śnie. Padli sobie w objęcia, lecz po chwili peri wybuchła płaczem.

"Czemu płaczesz?" - zapytał Szirafgan.

"Z miłości do ciebie - odparła. - Dawno temu widziałam cię we śnie i zakochałam się w tobie, lecz mimo wysiłków nie mogłam się z tobą spotkać. Teraz szczęście mi pomogło i to jest powodem moich łez. Na imię mi Zardperi* i wiążą mnie czary Dewa Kokeli, z których sama nie mogę się wyzwolić. Póki on żyje, jestem w ich mocy. Zabij go, a wtedy uwolnisz mnie i będę twoja."

"Ej pięknolica! - rzekł młodzieniec. - Odejdź stąd. Nie mogę ci teraz pomóc."

"Jeśli naprawdę mnie kochasz, pomóż mi."

To rzekłszy znikła i królewicz został sam. Był bardzo zdziwiony i nie wiedział, co ze sobą począć. Wbrew sobie zapałał wielką miłością, miłością przeogromną, większą niźli niebo i ziemia. W głowie dźwięczały mu słowa ukochanej: "Odszukaj mnie i uwolnij od czarów złego Dewa Kokeli." W jaki sposób miałby to zrobić - tego jednak nie wiedział. Miał nadzieję, że jeszcze raz peri pojawi się i odpowie mu na to pytanie. Z powodu tych ciągłych, nie dających mu spokoju myśli zachowywał się tak, jakby zmysły postradał. Nie spał, nie jadł. Chodził tylko bez celu i śpiewał:

"O ukochana przyjdź
i uwolnij mnie od cierpienia,
bowiem rozum straciłem
i choruję z miłości do ciebie.

Czemu dręczysz mnie, pani,
wzbraniając dostępu do siebie?
Bez ciebie słońce i księżyc
są jak bez blasku kamienie.

Czy nie widzisz mych łez?
Zdejmij ten ciężar ze mnie!
Jesteś panią mej duszy,
mej duszy, która cierpi!"

Co tu dużo mówić! Gdy król zobaczył syna w tym stanie, zdumiał się. Zupełnie nie wiedział, co mu się stało. Pytał go, lecz ten nie odpowiadał. W końcu Szirafgan zachorował. Zamknął się w swoich komnatach i nikogo nie chciał widzieć. Jego ojciec wzywał uczonych mężów i lekarzy, lecz żaden z nich nie mógł pomóc królewiczowi. Aż pewnego razu przed obliczem króla stanął jakiś malang* i rzekł: "Królu! Choć jesteś tak potężny, widzę na twojej pięknej twarzy smutek. Wyjaw mi jego powód, a znajdę rozwiązanie."

"Malangu! - odparł władca. - Mam syna jedynaka, który przed kilkoma dniami zachorował. Od tego czasu nie śpi, nie je, chodzi tylko smętny tu i tam bez celu. Jeśli wiesz, co go męczy, pomóż mu i spraw, aby wyzdrowiał."

"Zabierz mnie do niego - poprosił malang."

Król zgodził się i zaprowadził go do syna. Jak tylko żebrak zobaczył królewicza, zrozumiał, że jest on tym, kogo miłuje Zardperi. Ów malang był jej służącym i przybył tu tylko, aby dowiedzieć się, co dzieję się z Szirafganem.

"Jeśli zostawisz mnie z nim sam na sam - rzekł, - wnet oddam ci go zdrowego."

Władca opuścił komnatę, a wtedy żebrak wyjął z kieszeni chusteczkę należącą do jego pani i dał ją cierpiącemu. Gdy młodzieniec ją zobaczył i poczuł zapach ukochanej, zapomniał o całym swoim bólu. Chwycił ręce malanga i zapytał: "Powiedz prawdę kim jesteś i skąd przychodzisz?"

"Jestem jednym ze służących Zardperi - odparł nieznajomy - i przyszedłem, aby dowiedzieć się o twoje zdrowie oraz powiedzieć ci, że moja pani pyta: "Dlaczego nie wyruszasz w drogę do mnie? Czy nic nie wiesz o miłości, jaką do ciebie żywię? Czyżbyś mnie nie kochał i dlatego do mnie nie przychodzisz?"

"Jakże bym mógł jej nie kochać? - odrzekł Szirafgan. - Czy cierpiałbym, gdybym jej nie kochał."

"Jeśli ją kochasz, dlaczego więc do niej nie idziesz?" - zapytał przybysz.

"Gdybym tylko wiedział gdzie jest - odparł młodzieniec, - w jednej chwili wyruszyłbym, odnalazł ją i uwolnił od czarów Dewa Kokelli. Potem zabrałbym ją ze sobą i uczynił ozdobą mojego życia."

Gdy malang to usłyszał, rzekł: "Mój drogi! Twoja miłość porusza mnie tak bardzo, że pomogę wam się odnaleźć i zaprowadzę cię do Zardperi. Muszę ci jednak wyznać, że ja również znajduję się w mocy czarów i dlatego jestem bezsilny, a na drodze, którą pójdziemy czyha wiele niebezpieczeństw. Choć jednak nie będę mógł ci pomóc w zmaganiach z nimi, to będę przewodnikiem."

"Prowadź mnie więc - zgodził się Szirafgan, - a z twoją pomocą pokonam każdą przeszkodę."

"Na imię mam Dżamszid i odtąd tak do mnie mów - przedstawił się malang. - Teraz chodźmy do twojego ojca, bo bardzo się o ciebie martwi."

Gdy król zobaczył syna, zdumiał się, że wyzdrowiał tak szybko i to bez pomocy żadnego lekarstwa. Szczęśliwy dziękował z całego serca nieznajomemu przybyszowi i nakazał rozpocząć przygotowania do wielkich uroczystości. Jak tylko świętowanie dobiegło końca, królewicz opowiedział ojcu o wszystkim, co go spotkało i prosił, aby pozwolił mu wyruszyć w nieznane i szukać swojego przeznaczenia. Król ostrzegał go, że droga będzie pełna niebezpieczeństw, lecz w końcu dał się przekonać.

"Wyślę z tobą przynajmniej wojsko, abyś nie był sam" - zaproponował, ale królewicz i na to się nie zgodził.

"Wystarczy mi Dżamszid - odparł. - Tylko z nim pójdę. Wyruszam za głosem serca i sam muszę sobie radzić."

Po czym pożegnał się z rodzicami, poprosił, aby się za niego modlili i ruszył w drogę. Szedł i szedł, aż nagle zjawił się przy nim Dżamszid.

"Przyjacielu! - rzekł. - Ponieważ jestem w mocy czarów, nie będę mógł przyjść ci z pomocą, kiedy nadejdzie niebezpieczeństwo. Dam ci jednak kilka rad, o których nie wolno ci zapomnieć. Pierwsza jest taka: Ilekroć otoczy cię ogień, nie bój się. Śmiało krocz przez płomienie i uważaj tylko, abyś nie obejrzał się za siebie, gdyż wtedy spotka cię nieszczęście. Druga rada jest taka: Ilekroć usłyszysz rzewne głosy, które będą cię błagać: 'Kochany, uwolnij nas, potrzebujemy cię', nie zważaj na nie, tylko idź naprzód. Po trzecie: Ilekroć zaatakują cię drapieżne zwierzęta, nie bój się ich i nie uciekaj. Przepędź je tylko tą oto maczugą, którą ci teraz daję, i idź dalej swoją drogą. Po czwarte: Gdy będziesz spragniony, a na twojej drodze pojawi się jezioro, opanuj się i nie pij z niego wody. Idź dalej i niech Bóg będzie z tobą. Po jakimś czasie natkniesz się na źródło. Napij się z niego, a trochę wody wylej na ubranie, abyś ładnie pachniał. Po piąte: Gdy będziesz głodny i zobaczysz różne potrawy, to, choć będą nie wiem jak smaczne, nie tykaj ich. Nie jedz również tego, co ja będę jadł. Potem dojdziesz do miejsca, w którym będą rosły dzikie, brązowe rośliny. Posil się nimi, a głód twój ustanie. Po szóste: na drodze musisz być bardzo czujny. Jeśli ujrzysz Zardperi zanim powiem ci, że dotarliśmy na miejsce, nie witaj się z nią, nawet gdyby padła do twych stóp, płakała i mówiła do ciebie. Cokolwiek się zdarzy, bądź na to nieczuły. A kiedy odsłoni swoją pierś, sztyletem przebij jej serce. Wówczas osiągniesz cel."

Szirafgan przystał na to i szli dalej. Z początku mijali ogrody, strumienie, pola i wioski. Wróble śpiewając latały nad ich głowami, a ze wszystkich stron otaczał ich zapach róż, który ożywiał serce człowieka i mówił mu jak piękne jest życie. Powoli jednak droga się zmieniała, pustynniała i już nie było róż, słowików, drzew i lasów, a tylko nagie kamienie i piach. Nagle Szirafgan zobaczył tuż przed sobą słońce. Opadło ono ku ziemi i w jednej chwili zrobiło się wokół strasznie gorąco. Momentalnie zaczęły palić się suche pustynne krzaki i wkrótce płonęła już cała pustynia. Ogień palił ciało Szirafgana, a jego ręce pokryły się bąblami. Czuł się niczym w piecu i myślał, że nie wyjdzie z tego żywy. Umierał z bólu i już cały stał w płomieniach. Kilkakrotnie chciał zawrócić i uciekać, ale za każdym razem przypominał sobie słowa Dżamszida: "Ilekroć otoczy cię ogień, nie bój się. Idź dalej wśród płomieni i bacz na to, abyś się czasem za siebie nie obejrzał. Jeśli postąpisz inaczej, spadnie na ciebie nieszczęście." Słowa te napełniały go odwagą i dawały mu siłę, dzięki której szedł naprzód. W końcu ujrzał przed sobą górę, a płomienie zaczęły powoli niknąć. Z owej góry tryskała woda, która ostatecznie ugasiła ogień. Wtedy młodzieniec spostrzegł, że znikły też wszystkie poparzenia na jego ciele i już nie czuł bólu. Kiedy z ulgą spojrzał po tym wszystkim na Dżamszida, zobaczył, że ów podniósł z ziemi jakiś biały kamień i włożył go sobie do kieszeni. Potem zwrócił się do młodzieńca: "Teraz, kiedy szczęśliwie przeszedłeś pierwszą próbę, czas na posiłek. Idź i upoluj coś, a ja tymczasem nazbieram drewna i rozpalę ogień. Kiedy się posilimy, pójdziemy spać, a rano ruszymy dalej."

Szirafgan wziął łuk i strzały i poszedł na polowanie. Gdy wszedł do pobliskiej doliny, na spotkanie wyszedł mu czarny smok. Z oczu tryskała mu krew, a z paszczy buchał ogień.

"Hej człowieku! - zagrzmiał. - Jeszcze masz mleko pod nosem! Jak zdobyłeś się na odwagę, aby tu przyjść? Tu nawet muchy nie ważą się latać, gdyż ogniem palę im skrzydła. Jak się tu znalazłeś? Zaraz z tobą skończę!"

W odpowiedzi Szirafgan przygotował łuk i strzały i wycelował w oczy smoka. Strzelił raz i trafił, a strzała przeszła na wylot. Z pyska smoka buchnął tak gorący ogień, że spalał nawet kamienie. Młodzieniec jednak nie baczył na to, a tylko ponownie napiął łuk i wycelował w drugie oko smoka. Trafił i tym razem, a strzała znów przeszła na wylot. Potem wziął miecz i przeciął gada na pół.

"Zbyt słaby byłeś, by równać się z człowiekiem" - rzekł.

Jak tylko skończył bój ze smokiem, do uszu jego dobiegły radosne okrzyki. Poszedł w kierunku, z którego dochodziły i po chwili zobaczył w jamie ludzi, których głowy tkwiły w drewnianych dybach. Uwolnił ich, a oni dziękowali mu całując go po rękach i nogach.

"Co tutaj robicie?" - spytał.

"Jesteśmy poddanymi Króla Lasu - odpowiedzieli. - Wysłał on nas, abyśmy upolowali jelenia dla gości, których właśnie przyjmował. Ten smok jednak pojmał nas i uwięził. Poza tym gad pożerał każdego roku pewną liczbę młodych dziewcząt i gdybyśmy mu ich nie dawali, zniszczyłby nasze ziemie. Teraz, kiedy zdjąłeś z nas to nieszczęście, będziemy ci służyć. Uwolniłeś nas od śmierci, więc zrobimy wszystko, co tylko każesz."

"Ani wy nie staliście się moimi poddanymi - rzekł Szirafgan, - ani ja waszym panem. Jesteście tak samo ludźmi jak i ja. Dobrze się stało, że uwolniłem was od wiecznych męk."

"Musisz więc pójść z nami - odparli - i poznać naszego króla, aby się dowiedział, kto wyzwolił nas od nieszczęścia."

"Poszedłem na polowanie - wyjaśnił im młodzieniec, - lecz jestem z przyjacielem, który na mnie czeka."

"Musisz pójść do nas! - nie dawali za wygraną. - Ugościmy cię, a potem zrobisz, co zechcesz."

"Idźcie więc za ten wzgórek - polecił Szirafgan, - zza którego unosi się dym i przyprowadźcie mojego przyjaciela. Ja do tego czasu zdejmę skórę ze smoka i zrobię sobie z niej pas."

Jak tylko poddani leśnego króla odeszli, młodzieniec zabrał się do roboty. Kiedy skończył, byli już z powrotem, a wraz z nimi Dżamszid. Ruszyli w drogę, do ziem, które zamieszkują leśni ludzie. Gdy byli już blisko, na ich powitanie wyszedł Król Lasu w otoczeniu dworzan. Poprowadził ich do swojego zamku i cieszył się niezmiernie na wieść o zgładzeniu smoka.

"Mój drogi! - zwrócił się do Szirafgana. - Uwolniłeś nas od wroga, który od niepamiętnych czasów pustoszył nasze ziemie, gnębił ludzi i pożerał nasze młode i piękne córki. Jesteś naszym wybawcą. Zamieszkaj z nami, a dam ci moją córkę za żonę. Kiedy umrę, zajmiesz moje miejsce."

"Twoja córka - odparł bohater - jest dla mnie jak siostra, a co do królestwa, to wiedz, że sam jestem dziedzicem. Kocham pewną peri i właśnie idę do niej, aby zabrać ją ze sobą i poślubić."

Potem opowiedział królowi wszystko to, co go dotychczas spotkało, od początku do końca: o tym, jak zobaczył Zardperi we śnie; o tym, jak poszedł do ogrodu i tam z nią rozmawiał, jak zachorował, i o tym, jak Dżamszid przyszedł, i jak przemierzył pustynię, zabił smoka i w końcu dotarł tu, gdzie teraz jest.

"Mój drogi! - powiedział król leśnych ludzi. - Szkoda, że nie dasz się przekonać i nie zostaniesz z nami. Pobaw przynajmniej kilka dni u nas w gościnie. Czas ten będzie dla nas świętem, a i ty odpoczniesz."

Młodzieniec zgodził się, a po kilku dniach świętowania, pożegnał się i ruszył w swoją drogę. Król i jego poddani towarzyszyli mu przez dwa farsangi.* Potem pożegnali się jeszcze raz i drogi ich się rozeszły. Szirafgan szedł dalej, aż dotarł do lasu, który z każdym krokiem gęstniał i w końcu wokół niego stało się tak ciemno, że lepiej nie pytajcie. Wtem usłyszał krzyk, którego smutny ton ścisnął mu serce. Za tym krzykiem przyszły następne, tak rzewne i płaczliwe, że i kamień uroniłby łzę, gdyby tylko mógł. Głosy wołały: "Szirafganie, uwolnij nas! Zabiłeś smoka i oswobodziłeś od niego leśnych ludzi, teraz uwolnij i nas!" Młodzieniec zobaczył kobiety i starców, a wokół nich węże i smoki, które z głów wyjadały im mózgi. Bardzo mu było ich żal i już chciał im pomóc, lecz w głowie zadźwięczały mu słowa Dżamszida: "Usłyszysz na swojej drodze rzewne głosy. Tak bardzo rzewne, że serce człowiecze całkiem mięknie, kiedy ich słucha. Ale pamiętaj, że gdy usłyszysz głosy, które będą mówić: "Młodzieńcze! Uwolnij nas, potrzebujemy cię", bądź głuchy na nie i nie próbuj im pomagać." Tak też Szirafgan uczynił i poszedł dalej. Głosy stawały się coraz cichsze i cichsze, aż w końcu zamilkły zupełnie i kiedy obejrzał się, zobaczył, że nie ma ani śladu lasu, ludzi i węży, za to cały step porośnięty jest pięknymi kwiatami. W tym momencie spostrzegł, że Dżamszid znów podniósł z ziemi jakiś kamień i włożył go sobie do kieszeni. Zdziwił się, bo nie wiedział, co to miało znaczyć. Powoli zbliżał się wieczór i nastał czas posiłku. Zapolowali, pojedli i poszli spać. We śnie Szirafgan ujrzał ukochaną.

"Kochany! - mówiła. - Zniszczyłeś już działanie dwóch czarów i tym sposobem przybliżyłeś się do mnie. Jeśli zniszczysz działanie pozostałych, wtedy mnie oswobodzisz i będę twoja."

W tym momencie zbudził się, lecz była jeszcze noc i wszystko spowijały ciemności. Nagle w oddali zobaczył jakieś błyski. Zaciekawiło go to, więc wstał i poszedł, aby zbadać, co to może być. Szedł i szedł, aż zobaczył dewa, który leżał u wejścia do doliny. W jego nogach rosło drzewo i to właśnie oczy tego dewa tak błyszczały.

"Człowieku! - rzekł demon. - Potrzebuję twojej pomocy. Uwolnij mnie od bólu, który zadaje mi to drzewo."

Młodzieniec objął pień rękoma, zebrał w sobie siłę i po chwili wyrwał drzewo i oswobodził dewa. Ten krzyczał i od zmysłów odchodził, ale, kiedy było już po wszystkim, podziękował Szirafganowi i powiedział: "Sługą twoim jestem i zrobię wszystko, co zechcesz." Po czym dał mu dwa włosy ze swej brody.

"Ilekroć będziesz mnie potrzebował, spal je, a pojawię się, by ci służyć" - wyjaśnił.

Gdy Szirafgan wrócił do obozowiska, Dżamszid już nie spał. Widząc na jego twarzy tajemniczy uśmiech, zapytał: "Czemu się śmiejesz?"

"A tak sobie" - odparł ten wymijająco, po czym dodał: "Zbieraj się, idziemy!"

Szli i szli, aż doszli do jakiejś doliny. Nagle wokół Szirafgana pojawiły się dzikie zwierzęta: lwy, pantery, wilki i inne, których nigdy jeszcze w swoim życiu nie widział. Zwierzęta, warcząc i szczerząc kły, zbliżały się powoli do młodzieńca. Każdy znalazłszy się w tym położeniu, wziąłby nogi za pas i uciekał gdzie pieprz rośnie. Szirafganowi jednak przypomniały się słowa przyjaciela: "Bądź mądry, nie bój się, i śmiało idź przed siebie". Wspomniał również maczugę, którą ten mu dał. Wyjął ją więc z plecaka i okładał nią każde zwierzę, które do niego podeszło. W końcu zwierzęta pouciekały i nie było po nich śladu. Dżamszid po raz kolejny podniósł z ziemi jakiś biały kamień i włożył go sobie do kieszeni.

Kiedy nastał wieczór, a wraz z nim czas posiłku, przyjaciele poszli zapolować. Po tym, jak sobie pojedli, Dżamszid usnął twardym snem. Szirafgan natomiast leżał i nie mógł zmrużyć oka. W pewnej chwili spostrzegł, że zbliża się ku niemu trąba powietrzna. Patrzył i dziwił się temu zjawisku, aż tu nagle wyłonił się z niej czarny dew o dużych rogach i długich zębach.

"Ej człowieku! - ryknął. - Pożałujesz, że tu przyszedłeś! Pozabijałeś moje lwy i wilki! Przepędziłeś moje pantery! Przybyłem więc, aby cię za to ukarać. Stawaj, jeśli jesteś mężczyzną!"

"Dewie! - odparł młodzieniec. - Nie bądź taki siebie pewien! Gotuj się do walki."

I zaczęły się zapasy, ale ani dew Szirafgana nie mógł pokonać, ani Szirafgan dewa. Czterdzieści dni i czterdzieści nocy trwały ich zmagania i już ledwo trzymali się na nogach. W końcu młodzieniec, z bożą pomocą, powalił przeciwnika na ziemię. Po czym usiadł mu na piersiach i wyjął zza pasa długi sztylet, aby go zabić. W ostatniej chwili jednak zrobiło mu się go żal. Schował więc broń i zszedł z dewa. Kiedy pokonany zobaczył, że jest wolny, upadł do nóg zwycięzcy.

"Jesteś panem mojego życia - rzekł, - a ja twoim sługą." Potem spytał młodzieńca, dokąd idzie. Ten opowiedział mu o tym, co go pchnęło w drogę, a gdy skończył, dew dał mu kilka włosów ze swojej brody i wyjaśnił: "Kiedy będę ci potrzebny, spal je, a natychmiast się zjawię."

Szirafgan przyjął podarunek i ruszył w dalszą drogę. Szedł i szedł, aż nagle spostrzegł, że znalazł się na pustyni, gdzie nie ma ani wody, ani żadnych roślin. Jakże bardzo chciało mu się pić. W ustach miał sucho, wargi popękane. Był tak słaby, że chwiał się na nogach. W tej właśnie chwili zobaczył wielkie jezioro. Szczęśliwy, udał się w jego stronę, myśląc tylko o wodzie i o tym, że ugasi pragnienie. Nagle przypomniał sobie słowa Dżamszida: "Przyjacielu, kiedy wyruszymy w drogę, nie będę mógł ci ani pomóc, ani doradzić, ponieważ jestem w mocy czarów. Podczas wędrówki napotkasz jezioro, a wiedz, że będziesz wtedy bardzo spragniony. Uważaj jednak, żeby nie napić się z niego wody. Bądź wytrwały i idź dalej, a po pewnym czasie natrafisz na źródło. Jego wodą ugaś pragnienie!" Szirafgan minął więc jezioro i zawierzając swój los Bogu poszedł dalej. Wkrótce natrafił na źródło, którego woda była czysta, przeźroczysta i zimna jak lód. Ukląkł przy źródle i pił. Kiedy zaspokoił już pragnienie, polał się wodą, - tak jak mu Dżamszid przykazał, - a wtedy jego ubranie pięknie zapachniało. Po czym poszedł dalej i gdy tak szedł poczuł głód. Był tak głodny, że lepiej nie pytajcie. Wiedzcie tylko, że nie jadł nic od kilku dni. W pewnej chwili stanął, patrzy i oczom nie wierzy. Zobaczył przed sobą obrus, a na nim pieczone kury, orzeźwiające wina, ryż, płaty chleba, kebaby, soczyste owoce... Już chciał się posilić, ale znów przypomniał sobie przestrogę Dżamszida: "Uważaj, nie jedz tego jedzenia, ponieważ jest zaczarowane." Zdziwił się jednak, bo zobaczył, że sam Dżamszid je te potrawy. Ale przypomniał sobie jego dalsze słowa: "Tych potraw, które ja będę jadł, ty również nie jedz." Zawierzył swój los Bogu, nie tknął jedzenia i głodny poszedł dalej. Po pewnym czasie spostrzegł brązowe rośliny, które rosły przy samej drodze. Pamiętając słowa Dżamszida posilił się nimi i zdumiał się wielce, gdyż każda z nich inaczej smakowała: jedne były niczym pieczony drób i kebaby, inne miały smak mleka, jeszcze inne owoców: jabłek, winogron, pigw, gruszek, brzoskwiń, wiśni i innych, a wszystkie były bardzo dobre. Gdy zaspokoił głód, zauważył, że Dżamszid znów podniósł z ziemi jakiś biały kamień i włożył go sobie do kieszeni. Szirafgan, po tym, jak sobie podjadł, poszedł spać. Kiedy się obudził, nigdzie nie mógł znaleźć Dżamszida. Pomyślał, że przyjaciel musiał się gdzieś zgubić. Trudno. Wstał i poszedł dalej sam. Nagle, ni stąd ni zowąd, zjawiła się przed nim Zardperi i, nie mogąc opanować radości, wykrzyknęła: "Kochany mój, przyszedłeś? Tak bardzo cię kocham! Tak długo cię wyczekiwałam! Podejdź i przytul mnie i ucałuj tak, jak niegdyś całowałeś."

Szirafgan już spieszył, by wziąć ją w ramiona i zapomnieć wreszcie o trudach drogi, ale w pewnej chwili zastanowił się: "Kiedy ja przytulałem Zardperi i kiedy ją całowałem?". Wtedy też przypomniał sobie słowa Dżamszida: "Pojawi się przed tobą Zardperi i będzie chciała, abyś ją przytulił. Ty jednak opamiętaj się i nie rób tego, lecz wbij w jej pierś sztylet." Tak też młodzieniec zrobił. Ta zaś krzycząc upadła na ziemię i przemieniła się w szpetnego dewa. W tym momencie spostrzegł również Dżamszida, który podniósł z ziemi kolejny biały kamień i włożył go sobie do kieszeni. Po czym podszedł do niego i rzekł: "Brawo młodzieńcze! Zniszczyłeś wszystkie czary, jakie mnie krępowały. Usiądź teraz mi ramionach i zamknij oczy."

Szirafgan usiadł na ramionach przyjaciela i zamknął oczy. Kiedy je ponownie otworzył, zobaczył, że stoją na brzegu jakiegoś dużego jeziora.

"Pod tym jeziorem - wyjaśnił Dżamszid - znajduje się wejście do zamku, w którym uwięziona jest Zardperi. Musisz je osuszyć."

Młodzieniec przypomniał sobie o dewach i gdy spalił ich włosy, dewy pojawiły się w mgnieniu oka.

"Co rozkażesz, panie?" - spytały.

"Osuszcie to jezioro!" - rozkazał.

Ledwie wyrzekł te słowa, dewy otworzyły paszcze i dopóty piły wodę z jeziora, dopóki nie pozostała w nim ani kropelka. Na dnie bez trudu odnalazł wejście do zamku. Szirafgan wszedł do środka i po chwili stanął przed następnymi drzwiami. Za nimi znajdował się pokój, a w nim, w ścianie naprzeciwko, kolejne drzwi. Również i te drzwi otworzył i wszedł do jeszcze jednej izby. To powtarzało się siedem razy: otwierał siedem drzwi i wchodził kolejno do siedmiu pokoi. W siódmej izbie zobaczył śpiącą na tachcie* Zardperi. Jedna lampa wisiała nad jej głową, a druga stała przy jej nogach. W chwili kiedy zamienił ze sobą miejscami obie lampy, Zardperi zbudziła się i widząc przy sobie Szirafgana, ucieszyła się niezmiernie. Po chwili jednak zapłakała.

"Najdroższa! - spytał młodzieniec. - Co znaczy twój śmiech i dlaczego płaczesz?"

"Śmieję się - odparła, - gdyż jestem szczęśliwa, że w końcu mnie odnalazłeś. Płaczę zaś, gdyż boję się, że Dew Kokeli cię zabije."

"Kiedy on przyjdzie?" - zapytał Szirafgan.

"Budzi się, gdy nadchodzi północ - wyjaśniła peri. - Kiedy grzmoty usłyszysz i zobaczysz błyski, będzie to oznaczać, że właśnie wyruszył w drogę, a gdy spadnie deszcz, wtedy nadejdzie."

"Nie smuć się! - poprosił młodzieniec. - Daj mi tylko coś do jedzenia, bo jestem głodny, a potem niech będzie, co ma być."

Peri natychmiast przygotowała dla Szirafgana posiłek, a ten podjadł i poszedł spać. Wkrótce nastała północ. Po kilku chwilach zagrzmiało i błysnęło. Zardperi zlękła się. Wiedziała bowiem, że zaraz pojawi się dew i zabije jej ukochanego, który śpi spokojnie, niczego nie przeczuwając, z głową na jej kolanach. Zaczęła płakać, a kiedy jedna z jej łez spadła na twarz Szirafgana, ten się obudził.

"Co się stało? - zapytał.

"Dew zaraz przyjdzie" - odparła.

"Nie smuć się! - pocieszył. - Moja śmierć jest w moim sztylecie. Dopóki nie zardzewieje, nie umrę. Kiedy dew nadejdzie?"

"Przybędzie wtedy, kiedy pierwsza kropla deszczu spadnie na ziemię" - odparła.

I właśnie wtedy pierwsze duże krople deszczu spadły z nieba. W tejże chwili pojawił się też demon i krzyknął: "Smród! Czuję smród człowieka! Gdzie jesteś ty, który przyszedłeś do mojego domu? Wyłaź! Gdziekolwiek jesteś, znajdę cię i pokażę czym kończą się wizyty u mnie!"

Młodzieniec wyszedł i, kiedy spostrzegł dewa, pojął, że nie będzie miał z nim łatwej przeprawy.

"Człowieku! - ryknął dew. - Dlaczego tu przyszedłeś? Czyżbyś nie wiedział, że nawet muchy nie wylatują stąd żywe, gdyż ogniem palę im skrzydła? Jak odważyłeś się tu przyjść?"

"Przybyłem spalić twoje skrzydła i zabić cię" - odparł Szirafgan.

Na te słowa dew zaśmiał się i rzekł: "Mnie zabić...?!" I, wciąż rozbawiony, dodał: "Jesteś tylko człowiekiem! Szybko znikaj mi z oczu, bo w przeciwnym razie zrobię z ciebie miazgę!"

"Pokaż, co potrafisz! - rzucił młodzieniec - i z okrzykiem: "Boże!", ruszył z dewem w zapasy. Raz jeden brał górę, raz drugi i tak przez czterdzieści dni i nocy. W końcu Szirafgan, z bożą pomocą, pokonał demona, który z krzykiem upadł na ziemię. Młodzieniec odrąbał mu głowę i nogi, a potem umieścił głowę w miejscu nóg, a nogi w miejscu głowy. W tym momencie ziemia zaczęła drżeć tak bardzo, że nawet nie pytajcie i wszelkie czary straciły moc. Peri była wolna, a jej służący, których Dew Kokeli przemienił w kamienie, odzyskali dusze i na powrót stali się udźmi.

"Szirafganie! - rzekła do swojego wybawiciela Zardperi. - Doprawdy jesteś mężczyzną i dokonałeś tego, czego się od mężczyzny oczekuje. Teraz jam już twoja. Powiedz, co teraz uczynisz?"

"Teraz poślubię cię, gdy tylko przyjedziemy do domu" - odparł bohater.

Co tu dużo mówić! Pobrali się.

Pewnego dnia Zardperi razem ze swoimi służkami poszła nad rzekę, aby się umyć. Gdy siedziała na jej brzegu, prąd porwał jeden z jej butów i poniósł do innego królestwa. Tak się akurat złożyło, że właśnie wtedy syn władcy tego królestwa chciał napoić w rzece konie. Zwierzęta jednak krzywiły się i nie chciały pić wody. Królewicz zdziwił się i wezwał nurków.

"Przeszukajcie rzekę - rozkazał - i dowiedzcie się, co takiego jest w wodzie, że moje konie nie chcą jej pić?"

Nurkowie weszli do rzeki i znaleźli należący do Zardperi but. Kiedy królewicz go zobaczył, zakochał się całym sercem w jego nieznanej właścicielce. Spokój i radość życia go odeszły. Nie mógł spać ani jeść, nie chciał z nikim rozmawiać ani nikogo widywać. Kiedy król zobaczył syna w takim stanie, zdumiał się bardzo. W końcu jednak odkrył przyczynę jego choroby.

"Kto znajdzie właścicielkę tego buta - ogłosił, - tego uczynię gubernatorem jednego z miast mojego królestwa."

Wielu było chętnych, lecz każdy z nich szybko dawał za wygraną. W końcu do zamku przyszła pewna wdowa i rzekła: "Ja to wykonam, królu, pod warunkiem, że uczynisz mnie gubernatorem tego miasta."

Król zgodził się, ona wzięła but, wsiadła na statek i popłynęła w górę rzeki. Na ląd zeszła niedaleko zamku, w którym mieszkała Zardperi i tam schowała się w ukryciu za skałami. Bóg chciał, że pewnego dnia peri wraz ze swoimi służkami wyszła, aby pospacerować na brzegu rzeki. Kiedy zobaczyła ją wdowa, przekonała się wnet, że jest to właśnie osoba, której poszukuje. Winszując szczęścia królewiczowi powiedziała do siebie: "Ta peri jest tak piękna, że nawet niewiasta zakochałaby się w niej, gdyby ją zobaczyła." Po czym wsiadła na statek i popłynęła z powrotem. Kiedy przybyła do zamku króla, opowiadała z zachwytem o urodzie Zardperi: o jej figurze, oczach, cienkiej talii, o długich, falujących włosach, wąskim nosie i o wyraźnej linii jej brwi. Tak bardzo ją zachwalała, że królewicz kompletnie stracił rozum i rozkazał, aby natychmiast zebrali się wszyscy żołnierze i bezzwłocznie po nią wyruszyli. Wdowa jednak protestowała.

"Młodzieńcze! - rzekła. - Opanuj się! Nie rób nic pochopnie! Zdobycie tej peri wymaga planu. Trzeba posłużyć się zarówno rozumem, jak i podstępem. Daj mi duży statek, dwudziestu zbrojnych ludzi i tamburyn, a pojadę i przywiozę ci ją."

Królewicz zgodził się i kazał zbudować przepiękny statek, na którym miała być przywieziona Zardperi. Kiedy ukończono budowę statku, przydzielił wdowie dwudziestu zaufanych ludzi i dał im zaopatrzenie na drogę. Potem rzekł: "Jeśli przywieziesz mi peri, uczynię cię gubernatorem w dwóch prowincjach. Jeśli jednak wrócisz z pustymi rękami, każę cię ściąć."

"Nie obawiaj się - odparła wdowa. - Możesz uważać ją już za swoją". Potem pożegnała królewicza, wsiadła na statek i popłynęła w kierunku zamku, w którym mieszkała Zardperi. Gdy poznała, że jest blisko, rzekła do towarzyszących jej wojaków: "Tu się rozdzielimy. Odpłyńcie trochę dalej i wyczekujcie dźwięku tamburynu. Zapamiętajcie też, że nie wolno wam stąd odpłynąć nawet gdyby minęły lata, a ja bym przez ten czas nie dawała znaku życia."

Potem poszła na tyły zamku, usypała z ziemi pagórek, usiadła na nim i czekała.

Tak się właśnie złożyło, że tego dnia Szirafgan, Zardperi i Dżamszid poszli na polowanie. Kiedy wracali, spostrzegli, że jakaś staruszka siedzi na mogile i tak bardzo płacze, że serce mięknie. Szirafganowi zrobiło się jej żal i zapytał: "Co się stało, mateczko?"

"Oh moje dziecko! - odparła. - Miałam syna w twoim wieku, który zmarł. Teraz nie wiem, co mam ze sobą począć, gdyż nie ma już dla mnie żadnej nadziei. Zostałam sama na świecie i nie mam się gdzie podziać. Stara już jestem. Co się ze mną stanie? Gdzie pójdę? Skąd wezmę chleb?"

"Chodź mateczko, zamieszkasz z nami!" - zaproponował młodzieniec.

"Co ty mówisz!? Opamiętaj się!" - protestował Dżamszid, który był z rodu peri i wiedział więcej niż zwykli ludzie.

"Serce mi pęknie. Muszę ją wziąć ze sobą" - trwał przy swoim Szirafgan i zabrał staruszkę do zamku. Postanowił też, że będzie pomagała jego żonie. Staruszka potrafiła pięknie mówić i opowiadała Zardperi przeróżne wspaniałe historie. Słowa jej były tak piękne i wyszukane, że już po kilku dniach Peri nie mogła się ani przez chwilę obyć bez jej towarzystwa. Pewnego dnia wdowa zobaczyła, że całkiem zdobyła zaufanie dziewczyny i nie musi być już tak ostrożna. Zaczęła więc jej podstępnie radzić:

"Dziecko moje, kiedy twój mąż idzie polować, nie zostawiaj go samego. Jeszcze, nie daj Boże, zginie!"

Zardperi jednak, jak to kobieta, szybko obróciła tę uwagę w żart i nie myśląc wcale jakie były prawdziwe intencje staruszki, odpowiedziała jej otwarcie, niczego nie ukrywając: "Mateczko! Jego śmierć jest w jego sztylecie."

Starucha, widząc, że jest już blisko celu, rzekła: "Dobrze się stało, że dowiedziałam się o tym, gdyż teraz będę spokojna. Na Boga, kocham Szirafgana jak syna. Ani minuty nie mogę być z dala od niego i zaprawdę nie ma chwili, abym o nim nie myślała. Teraz rozumiem, że Bóg dał mi drugiego syna, a wraz z nim piękną córkę. Dziecko moje! Chodźmy, przygotujmy posiłek, bo niedługo wróci twój mąż."

Następnego dnia wdowa, widząc, że Szirafgana znów nie ma w domu, udawała wielkie zmartwienie.

"Co się stało?" - spytała Zardperi.

"Nic, moje dziecko! - odparła podstępna starucha. - Boję się tylko, aby twój mąż nie zgubił sztyletu i z tego powodu nie zachorował."

Słowa te zmartwiły Zardperi. Wdowa spostrzegłszy to, realizowała dalej swój chytry plan.

"Dziecko moje - mówiła, - nie martw się! Bóg jest łaskawy, a serce matki nigdy nie kłamie. Gdy Szirafgan przyjedzie, weź jego sztylet i schowaj go w skrzyni, aby był bezpieczny."

Zardperi znów uwierzyła wdowie, nie podejrzewając jej o żaden podstęp. Kiedy Szirafgan wrócił do domu, spostrzegł smutek na twarzy ukochanej. Bardzo się tym przejął i zapytał: "Czym się martwisz?"

"To nic! - odparła Zardperi. - Jeśli jednak mnie kochasz, nie zabieraj ze sobą wszędzie sztyletu, lecz zostawiaj go u mnie."

Szirafgan zgodził się i oddał sztylet małżonce. Ona włożyła go do skrzyni i odetchnęła z ulgą. Rankiem wdowa przyszła do niej i spytała: "Udało ci się?"

I jak tylko Zardperi opowiedziała jej o wszystkim, wykrzyknęła: "Brawo, moje dziecko! Teraz jestem już całkiem spokojna. Chodź, pospacerujemy trochę na świeżym powietrzu."

Nagle wdowa zaczęła lamentować i zapytała: "Dlaczego nie masz na sobie ozdób?"

"Dlaczego miałabym je włożyć? Co się stało?" - odparła pytaniem Zardperi.

"Moje dziecko! - usłyszała. - Kobieta jest po to, aby się stroiła. Powinnaś włożyć biżuterię."

Peri jednak nie chciała się na to zgodzić: "Nie, mateczko! Kiedy mąż mój przyjdzie, wtedy dopiero się przystroję, aby mógł się mną radować. Wszystko, co mam, mam dla niego. Jeśli by go nie było, to dla kogo bym się stroiła? Kiedy on przyjdzie i zobaczy mnie już przystrojoną, wtedy moe nabrać podejrzeń. Nie, mateczko. Nie zrobię tego."

Ale wdowa, która była przebiegła niczym sam szatan, rzekła: "Dziecko moje! Jest odwrotnie, niż mówisz. Kiedy mężczyzna wraca do domu i widzi, że jego żona wita go pięknie ubrana, wtedy bardzo się z tego cieszy i myśli, że wystroiła się ona tak dla niego. Pospiesz się i daj mi klucze od skrzyń, a przyniosę twoją biżuterię."

Zardperi nie potrafiła dostrzec fałszu w słowach wdowy i dała jej klucze. Ta poszła, otworzyła skrzynię i wyjęła z niej biżuterię i sztylet. Po czym broń schowała tak, aby jej nikt nie znalazł, a z biżuterią wróciła do dziewczyny. Kiedy już ją przyozdobiła, rzekła: "Dziecko moje! Choć pospacerujemy trochę na świeżym powietrzu, a z powrotem wrócimy statkiem."

I tym razem Zardperi nie chciała się zgodzić: "Nie, nie zapytałam przecież męża o pozwolenie".

"Dziecko moje! - odparła wdowa. - Jestem ci przecież jak matka. Ja mam pozwolenie. Wiedz, że Szirafgan mi pozwolił."

Dziewczyna jednak trwała przy swoim.

"Nie, pozwolenie męża jest czymś zupełnie innym. Ja żyję tylko dla niego. Jeśli dowie się, że spacerowałam bez jego zgody, rozgniewa się na mnie, a ja nie zniosłabym jego gniewu."

"Dziecko moje! - nie dawała za wygraną przebiegła starucha. - W jaki sposób twój mąż się dowie, że byłaś na spacerze? Nie myśl o tym, co będzie..."

Tym sposobem uspokoiła dziewczynę, która poszła na spacer nie przeczuwając wcale jaki los ją czeka. Gdy tak sobie chodziły, starucha wyjęła tamburyn i przygrywając na nim zaczęła śpiewać. To muzykowanie tak bardzo spodobało się Zardperi, że całkiem przestała zwracać uwagę, dokąd szły. Szły się w kierunku statku, aż w końcu znalazły się tak blisko niego, że zbrojni, którzy cierpliwie czekali na pokładzie, usłyszeli dźwięk tamburynu i pojęli, że to sygnał od wdowy. W jednej chwili pojawili się przy Zardperi, chwycili ją i siłą zaciągnęli na statek. Dziewczyna krzyczała, lecz nikt nie słyszał jej wołania. W końcu odpłynęli i teraz dopiero Zardperi pojęła jak bardzo dała się oszukać, że wszystko, co jej wdowa mówiła, to były kłamstwa. Zrozumiała też, że jeśli ktoś mówi: "Skąd oni się dowiedzą o tym, co zrobię?", to jego zamiary są czymś bardzo złym, czymś, co wymaga kary.

I w ten to sposób Zardperi została uprowadzona.

Szirafgan gdy wrócił do domu, nie zastał ani swojej żony ani staruszki. Zdziwiło go to, lecz przyszło mu do głowy, że może poszły na spacer. W głębi duszy jednak niepokoił się i myślał: "Jakże Zardperi mogła pójść gdzieś bez mego pozwolenia?" Czekał i czekał, ale kiedy zrobiło się późno, a one nie wracały, stracił nadzieję i ból przepełnił mu serce. Zrozpaczony poszedł po radę do Dżamszida, ale ten nie mógł mu pomóc, ponieważ spał właśnie snem czterdziestodniowym.

"Jak tylko się obudzi, powiadom mnie!" - polecił jego żonie.

Wkrótce młodzieniec dostał gorączki. Czuł się coraz gorzej, aż w końcu zmogła go choroba i z dnia na dzień był coraz bledszy. Kiedy jedną nogą był już w grobie, zjawił się Dżamszid, a zastawszy przyjaciela w tym stanie, pojął, że to musi byś sprawka owej staruchy. W poszukiwaniu sztyletu przeczesał każde miejsce. W końcu znalazł go w studni i widząc, że nie błyszczy tak, jak powinien, czym prędzej zabrał się za jego oczyszczenie. Ile by się jednak nie trudził, nie mógł usunąć rdzy. Wtedy Szirafgan, którego chwile były już policzone, zdobył się na wysiłek i resztkami sił wyszeptał: "Sztylet ten trzeba wyczyścić specjalnym olejem. Jego zapach czułem w potrawach, które jedliśmy w domu króla leśnych ludzi. Jeśli uda ci się zdobyć ten olej, wydobrzeję. I jeszcze jedna prośba: Zanim wyruszysz, spal te kosmyki włosów, które niegdyś dały mi dewy. Niech przybędą, gdyż mam dla nich zadanie."

"Jak sobie życzysz" - odparł Dżamszid. Po czym spalił je i dewy natychmiast się pojawiły. Sam zaś wyruszył po olej. Szirafgan opowiedział dewom o zniknięciu Zardperi i o podstępie staruchy, a potem rozkazał: "Musicie odnaleźć moją żonę!"

Dewy natychmiast wyruszyły na poszukiwania. Tymczasem Zardperi była już w innym królestwie. Kiedy prowadzono ją do zamku, każdy kto na nią spojrzał - czy to mężczyzna, czy kobieta, stary, czy młody - stawał jak wryty, wlepiał w nią oczy i zapominał o bożym świecie. Królewicz również zachwycił się jej urodą i ziemię ucałował w podzięce. Wkrótce przyszła doń wdowa upomnieć się o swoje.

"Teraz dotrzymaj słowa i uczyń mnie gubernatorem" - rzekła.

"Niech tak będzie - zgodził się królewicz, - lecz najpierw wyprawmy wesele."

"Nie przystoi mężczyźnie poślubiać zamężną kobietę" - odezwała się nagle Zardperi.

"Jak to? Ty masz męża?" - zdumiał się młodzian. "Czemu więc tu przyszłaś?"

Kiedy dziewczyna o wszystkim opowiedziała, królewicz posmutniał i rzekł: "Bardzo źle się stało. Co mam teraz zrobić?"

"Nie martw się! - pocieszyła wdowa. - Jeszcze dzień, dwa i jej mąż umrze."

Po czym opowiedziała mu o sztylecie. Gdy Zardperi to usłyszała, pojęła wreszcie, jakie intencje kryły się za zachowaniem staruchy i zwątpiła we wszystko. "Jeśli ziemia nosi tę starą kobietę - myślała, - która, choć niewiele ma już życia przed sobą, myśli tylko o wyrządzaniu krzywd innym, jeśli więc ziemia ją nosi, to czyżby nie było na niej miejsca dla sprawiedliwych?" Bardzo pożałowała, że uwierzyła słodkim lecz podstępnym słowom wdowy i rozpłakała się.

"Skoro mój mąż ma umrzeć, zechciej - prosiła królewicza - zaczekać ze ślubem czterdzieści dni."

Młodzieniec zgodził się i niecierpliwie wyczekiwał chwili, kiedy upłynie ten termin. Zardperi zaś z każdym dniem była coraz słabsza i chudsza. Pewnego wieczoru wyszła na dach, a gdy tam stała przyleciały dwa gołębie i siadły obok niej. Zobaczyła je i rzekła: "Ej gołąbki! Jakie macie szczęście, że jesteście wolne. Mnie nieszczęsną krępują okrutne łańcuchy!"

Nagle gołębie zatrzepotały skrzydłami i zmieniły swoją postać. Dziewczyna rozpoznała w nich dewy, bardzo się ucieszyła, a gdy wypytała je o zdrowie męża, rzekła: "Wyprosiłam u królewicza, aby poczekał czterdzieści dni ze ślubem, lecz ten czas już się kończy. Powiedzcie mojemu ukochanemu, aby tu przybył!"

"Nie smuć się!" - pocieszyły ją dewy. Po czym przemieniły się na powrót w gołębie i odleciały. Zardperi cieszyła się, że jeszcze raz uśmiechnęło się do niej szczęście. Gdy dewy przybyły do Szirafgana, Dżamszid był już z powrotem. Wykonał swoje zadanie i chory odzyskał siły. Kiedy spostrzegł, że dewy wróciły, zapytał: "Udało się wam? Znaleźliście moją żonę?"

"Tak, znaleźliśmy!" - odparły.

"Gdzie jest?" - chciał wiedzieć, a gdy o wszystkim mu opowiedziały, zdecydował: "Wyruszamy zaraz, aby nie marnować więcej czasu."

"Usiądź mi więc na plecach i zamknij oczy!" - polecił Dżamszid.

Młodzieniec usiadł na plecach przyjaciela i zamknął oczy. Kiedy je otworzył, zobaczył, że znajdują się w innym królestwie, a było to te samo królestwo, do którego uprowadzona została Zardperi. Czym prędzej odziali się w stare ubrania i poszli do zamku króla. W zamku odbywały się właśnie uroczystości weselne, podczas których rozdawano biednym ludziom jedzenie. Szirafgan wraz z przyjaciółmi wmieszał się w tłum. Kiedy wszyscy już się posilili, ogłoszono, aby wystąpił ten, kto może być świadkiem na ślubie Zardperi i królewicza. Szirafgan pokazał się żonie, a ona krzyknęła z radości i rzuciła się w jego objęcia. Gdy król to zobaczył, spytał intruza: "Kim ty jesteś? Skąd się tu wziąłeś?"

"To jest mój mąż!" - wykrzyknęła dziewczyna.

Ale władca nie zważał na to i rozkazał pojmać zuchwalca. W tym momencie jednak Dżamszid i dewy rzucili się na wojaków króla, którzy wkrótce zostali pokonani. Potem zaczęli burzyć zamek, przewracając kolumny podtrzymujące jego strop. Monarcha uciekł ze strachu, a królewicz płacząc tłumaczył się: "To nie moja wina! Nie wiedziałem, że wdowa ją porwała! Dopiero potem się dowiedziałem, że ma męża! Wtedy jednak starucha powiedziała, że jej mąż nie żyje. To ją trzeba ukarać!"

Dżamszid podszedł do niej, chwycił ją za warkocze i zawlókł przed oblicze Szirafgana.

"Ty starucho! - krzyknął młodzieniec. - Wstań! Za całe dobro, jakim cię obdarzyłem, tak mi odpłaciłaś. Od samego początku knułaś przeciwko mojej żonie."

Następnie kazał przywiązać ją do końskiego ogona, zaciągnąć na pustynię i tam zostawić. Po czym zwrócił się do żony: "To była dla ciebie nauczka, aby nigdy nic nie robić bez mojego pozwolenia."

Na te słowa Zardperi zawstydziła się, a Dżamszid posadził ich sobie na plecach i kazał zamknąć oczy.

Zrobili, jak im przykazał, a kiedy otworzyli oczy, spostrzegli, że znajdują się w zamku rodziców Szirafgana. Ci, na wieść o przybyciu syna, odzyskali wzrok, po czym król nakazał uroczystości weselne, które trwały siedem dni i siedem nocy.

tłum. albert kwiatkowski

malang - malangowie to wędrowni, święci ekstatycy, którzy nie są (w przeciwieństwie do sufich, derwiszów) związani z żadnym bractwem. Wyróżniają się swym strojem i zachowaniem. Wędrują lecząc chorych oraz świadcząc ludziom inne przysługi wykorzystując do tego swe niezwykłe umiejętności.
Szirafgan - czyli Afgański Lew.
Zardperi - Złota Peri. W folklorze persko-afgańsko-tureckim peri to istoty rodzaju żeńskiego ze świata duchów charakteryzujące się wielką urodą. Zazwyczaj pomagają ludziom, choć zdarzają się również takie, które im szkodzą.
farsang - starożytna miara długości w Iranie wynosząca około 5,5 kilometra.
tachta - szeroka ława służąca do odpoczynku i do spożywania na niej posiłków.

źródło: Rouszan Rahmani, Afsaneha-je dari, Teheran 1998, s. 47-71.